niedziela, 27 grudnia 2015

EPILOG


PODZIĘKOWANIA
Zdaję sobie sprawę, że podziękowanie, to ta część, którą najchętniej się przeskakuje, ale mam jednak nadzieję, że poświęcicie trochę czasu, aby przez nie przebrnąć, bo jest to dla mnie okropnie ważne. 
Dziękuję na samym początku Aleksandrze S. za twoje nieskończone wsparcie i przyjacielską miłość, jaką darzyłaś mnie przez 2/3 czasu istnienia bloga. No i oczywiście za to, że zawsze we mnie wierzysz i za wszystkie "wiadra" weny, które od ciebie otrzymałam. Sól macz.
Natalio S. za twoje rady i niekończące się konwersacje o tworzeniu i niszczeniu blogów.
Magdaleno O. (wiem, to brzmi mega oficjalnie) za naszą wycieczkę, która dala mi do myślenia względem tego właśnie bloga. Nie mogę doczekać się kolejnego naszego wypadu. No i oczywiście za wierne komentowanie, za co jestem wdzięczna aż po grób.
Dziękuję też wszystkim, którzy przetrwali moje pierwsze notki. Wiem, jakie są beznadziejne.
Aleksandro W. za twoją przyjaźń tutaj na miejscu i za to, że poszłaś ze mną na igrzyska, chociaż jeszcze wtedy ich nienawidziłaś.
I na sam koniec chce podziękować właśnie tobie, bo gdyby nie ty i cała reszta czytelników, to nigdy nie zaszłabym daleko. Dziękuję za znoszenie mnie i moich pisarskich wymysłów. Jesteście boscy.

Wielu z was martwi się, że znikam, ale tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. Pod linkiem: You know nothing, Miss Everdeen znajdziecie bloga, który swoje otwarcie będzie oficjalnie miało miejsce 3 stycznia, ale już teraz możecie znaleźć tam prolog, który zaprosi was na kontynuację. Jeśli więc nie chcecie się ze mną rozstawać, to znajdziecie mnie tam przez jakichś czas.
A teraz się z wami żegnam tym miłym epilogiem i obietnica, że znów może być dobrze.
Po raz ostatni tutaj: - Tina

##########################################


To może wydawać się dziwne, ale kiedy nadszedł czas – nie panikowałam. 
Nie panikowałam, kiedy poczułam wilgoć wokół moich bioder, ani kiedy Peeta poddenerwowany wybijał numer mojej ginekolog drżącymi palcami. Wtedy jedynie myślałam o minionych miesiącach, a także o tych, które miałam przed sobą. Zdawałam sobie sprawę, że kiedy nastanie świt i kiedy słońce zacznie ogrzewać swoimi promieniami przemarzłe po nocy gałęzie gołych drzew... Ja, będę już matką.
Ta wiadomość napawała mnie ulgą i szczęściem, a moje palce samodzielnie wędrowały wzdłuż mojego ciała, aby zatrzymać się na nadętym brzuchu. 
Potem przyszły skurcze, jednakże moim zdaniem ten ból był dużo mniej silny od wielu innych, których doświadczyłam. Dzielnie go znosiłam i nie pozwalałam sobie na krzyk. Ja, Peeta i lekarka, której imienia nie pamiętałam. 
Wyczerpanie było nieznośne, ale ból nie dawał mi zasnąć. Pokrzepiające słowa obecnych przy mnie docierały do mnie, jak przez szklaną ścianę. Słyszałam je i rozumiałam, ale nie pomagały. Środki przeciwbólowe w małych dawkach nie były skuteczne, więc musiałam poradzić sobie z bólem w jakichś inny sposób.
Wtedy wymyśliłam tą grę. 
Trzymając się kurczowo jedną ręką prześcieradła, a drugą mojego męża i wypychając z siebie moje dziecko, zaczęłam przypominać sobie wszystkie dobre uczynki, jakich byłam świadkiem. Każdą dobrą rzecz, jaką człowiek robił dla drugiego człowieka. 
Peeta rzucający mi chleb i wielokrotnie ratujący mi życie na arenie i poza nią, a także wołający do Panem, aby przestać się nawzajem zabijać .
Gale strzelający do rozwścieczonego dzikiego psa, który chciał rozgryźć mi gardło, a także ratujący dziewięćset osób z bombardowanego dystryktu. 
Prim i mama ratujące wygłodniałe dzieci z mojego dystryktu i ofiary wypadków w kopalniach.
Haymitch dający mi wskazówki, jak przeżyć na arenie, a także biegnący mnie i Peecie z pomocą, kiedy tylko jej potrzebowaliśmy.
Finnick dwukrotnie ratujący Peetę, a potem pomagający uwolnić schwytanych zwycięzców.
Maggs wchodząca do mgły, abyśmy mogli uciec. 
Mayselee Donner wielokrotnie ratująca Haymitcha na arenie drugiego ćwierćwiecza. 
Madge dająca mi broszkę i życząca mi powodzenia na igrzyskach.
Ojciec Peety z ciastkami.
Ta lista nie ma końca.
Wszystko trwa nie całe pięć godzin i kiedy słońce pojawia się na horyzoncie jest już po wszystkim.
Nie panikowałam podczas porodu, ale kiedy kobieta w białym fartuchu podała mi małego, sinego, krzyczącego stworka – jak nic wpadłam w panikę. 
Była taka krucha i delikatna, że bałam się położyć na niej moje ręce. Co, jeśli zrobię jej krzywdę?, myślałam. Kiedy jednak to zrobiłam, poczułam ciepło bijące od tego maleństwa. 
Miało dużą głowę i mocno zaciśnięte powieki, a z szeroko otwartych usteczek wydobywał się głośny płacz. Była mikroskopijna. Wielkości mojego przedramienia! Wtedy wpadło mi go głowy, że może coś jest nie tak. Nigdy nie widziałam tak maciupkiego dziecka. Uśmiech kobiety stojącej przy łóżku mnie jednak uspokoił. 
Peeta pieczołowicie przeciął pępowinę ciągle łączącą mnie z dziewczynką i tyle. Żyła już sama. Poza moim ciałem, co było najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek przyszło mi przyjąć do wiadomości.
Niepewnie przyłożyłam usta do jej gorącego czółka i poczułam łzę ściekającą mi po policzku. 
- Willow... – usłyszałam szept zachwyconego Peety.
W następnej chwili wyciągnął rękę, aby dotknąć naszej córki. Położył ją na jej otulonej kocykiem nóżce i uśmiechnął się szeroko.

Myślałam, że kiedy Willow przyjdzie na świat, to oficjalnie spłacę dług, jaki wielokrotnie zaciągnęłam u Peety Mellarka, ale okazało się to dużo bardziej skomplikowane. Nawet teraz – dwanaście lat po jej narodzinach uważam ten dług za aktualny. Nawet po urodzeniu drugiego dziecka – chłopca noszącego imię Rey.
Ta stara gra nadal zajmuje miejsce w moim sercu, chociaż po upływie lat może wydawać się dołująca.
Okruchy szczęścia, takie jak karta z zaproszeniem na ślub nie takiej już małej Posy, lub zdjęcie z szesnastych urodzin Williama z Annie czy obrazek namalowany w szkole przez młodszego syna, okazują się niezwykle cenne i sentymentalne.
Kiedy dziecko rośnie, chciałoby się zatrzymać czas. Spowolnić ich dorastanie. Tak świat jednak nie działa. My dorośliśmy zbyt szybko, ale oni mogą zatrzymać swoje dzieciństwo, jak długo zechcą.
Mogę tylko mieć nadzieje, że tamta stara Katniss Everdeen nie zniknęła na zawsze zastąpiona Katniss Mellark – kochającą żoną i matką. Czasami wychodzi mi na spotkanie, a ja witam ją z otwartymi ramionami czując ulgę z ponownego spotkania. Czasem jednak jej nienawidzę, a innym razem za nią tęsknię, bo ona nigdy nie zostaje na zawsze.

Kiedy Willow więc opowiada, że Gale wykładał na jej zajęciach w szkole – wspomnienie starego przyjaciela nie widzianego od ponad jedenastu lat powraca do mnie. Myślałam, że nie żyje przez tyle lat.
Po zawziętych poszukiwaniach w lesie, znajduję go… Jest tam, gdzie zawsze. Siedzi na naszej skalnej półce i patrzy w dolinę. Nie patrzy na mnie, kiedy się zbliżam, ani kiedy siadam obok niego. Nie zadaje też pytań. Opieram głowę na jego ramieniu i przez chwilę znowu czuję się, jak tamta stara Katniss Everdeen – dziewczynka, która zgłosiła się za swoją siostrę na dożynkach i przypominam sobie nie zliczoną ilość godzin spędzonych razem w tym lesie. Setki 
zwierząt zabitych przez dwoje myśliwych  i tysiące wyrzucanych w powietrze jerzyn. W tym momencie jestem w stanie przysiąc, że pamiętam każdą chwilę spędzoną we dwoje na tej skale odkąd poznaliśmy się dwadzieścia lat temu. 
- Czy jesteś szczęśliwa? – pyta w końcu.
Nie podnosząc głowy z jego ramienia szepczę:
- Tak.
Bardziej wyczuwam niż widzę unoszące się kąciki ust na jego twarzy.
I tak siedzimy, oboje myśląc o dwojgu dzieciaków, którymi byliśmy lata temu, a których przyjaźń zniszczyły głodowe igrzyska

136. Ostatnie prawda czy fałsz?

Kochani... Sądzę, że jesteśmy na to gotowi. Ostatni rozdział.
Nie mogę się doczekać, aby pokazać wam epilog, a więc jeśli chcecie, to wstawię go dzisiaj.
Tak... wstawiam dzisiaj!
No, ale więcej w opisie epilogu. Kocham was i dziękuję.
- Tina

###################################################

Happy birthday to you...

Happy birthday to you...
Happy birthday, dear Silvia...
Happy birthday to you!
Leevie pochyla się do przodu z dziewczynką na rękach i zdmuchuje za nią świeczki. Wybuchają brawa, a Silvia uśmiecha się ukazując bielutkie ząbki. Jej różowa opaska na brązowych loczkach ześliznęła się na jej czoło, więc zbliżam się do niej i płynnym ruchem poprawiam ją.
Nie mogę uwierzyć, że ma już cały rok... Ten czas tak szybko mija.
Mam wrażenie, że zaledwie wczoraj Johanna zlana potem szeptała do mnie: Dziewczynka... Silvia... córeczka...
Pamiętam, jak na dłoni krzyk bólu umęczonej Johanny i pot spływający jej po twarzy. Pamiętam, jak założyłam jej na główkę pierwszą z setek jej opasek, które jej mama zawsze zakłada. 

- Dziewczynka... Silvia... córeczka...
Kiedy Leevie się odwraca zauważam siną twarzyczkę nowo narodzonego dziecka.
Dziewczynka jest opleciona kocykiem. Jest jeszcze brudna i dopiero teraz dociera do mnie jej płacz. 
Uśmiechnięty i zapłakany Leevie kołysze się w tę i powrotem trzymając maleństwo w ramionach i szepcząc cicho kojące słowa kołysanki. 
W moich oczach zbierają się łzy. Mrugam odpędzając je i podchodzę bliżej zaróżowionego dziecka.
Silvia... Silvia Ethelon...
Sięgam na bok po miękki, różowy ręcznik i delikatnie ocieram nim główkę dziewczynki. Odrzucam ręcznik na bok i sięgam do kieszeni. 
Wyciągam z niej miniaturową materiałową opaskę na głowę w kolorze oczu Johanny i delikatnie nakładam ją dziecku na główkę. 
- Hej, maleńka. – szepcze Peeta, stojący za mną. Przykłada jej kciuk do policzka, który jest mniej więcej tego samego rozmiaru co jego palec. 
- Ta opaska będzie twoim znakiem rozpoznawczym, ok?
Ciekawe, jak mocno może taka sytuacja wryć się w pamięć człowieka. czy ja zakładałam możliwość, że za rok będę już prawie matką? Nie... Gdyby ktoś mi wtedy to powiedział, uznałabym, że jest szalony. 

Wieczorem przyglądam się przyjaciółce kołyszącej małą dziewczynkę w swoich ramionach. Jej ruchy są pewne i spokoje. Na delikatnie ugiętych kolanach delikatnie potrząsa dzieckiem nucąc cicho kołysankę. Patrzy na nią z wielką miłością.
Zastanawiam się – kto ją tego nauczył? Leevie? Annie?
- Skąd wiesz co masz robić? – pytam.
Johanna spogląda na mnie wytrącona z matczynego transu. Zerka na twarzyczkę swojej córki i upewniwszy się iż śpi, odkłada ja do kojca.
- To przychodzi samo. Niewiele było rzeczy, które ktoś musiał mi wyjaśniać jak robić. To instynkt mi podpowiada co i jak robić. – odpowiada.
- Aaaa... Skąd się bierze taki instynkt? Ja na przykład nic takiego nie czuję. Nie mam pojęcia jak zachowywać się w wielu sytuacjach, kiedy trzymam Silvię lub bawię się z Willem.
Johanna chwilę się zastanawia.
- A czy instynkt zabójcy podpowiadał ci gdzie uderzyć, aby najskuteczniej zabić, zanim jeszcze zaczęłaś zabijać? Albo czy instynkt myśliwski pojawił się u ciebie zanim zaczęłaś polować? Moim zdaniem wszystko przyjdzie, kiedy mała się urodzi. – wyjaśnia, a na jej twarzy pojawia się przelotny uśmiech.
Spoglądam na własne dłonie... I nagle zaczynam chichotać. Z moich ust wydobywa się głośny śmiech, a Johanna obrzuca mnie karcącym spojrzeniem.
- Ćśśś! Obudzisz ją.
- Przepraszam... Po prostu nigdy w życiu nie sądziłam, że Johanna Mason będzie mi udzielać matczynych porad. – śmieję się.
Johanna stara się ukryć rozbawienie, ale słabo jej to wychodzi.
- Ciesz się, że nie odsyłam cię na próg z tymi pytaniami, ciemna maso.
- Mam jeszcze Annie.
Prycha oburzona.
- Na serio myślisz, że tylko dlatego,  że jest matką do dłuższego czasu niż ja, to zna się lepiej na... No dobra... Coś w tym jest.
Tłumię śmiech.


Od końca wojny minęły trzy lata, a ja cały czas mam w sobie cząstkę starego strachu przed przyszłością. Nie wiem co przyniesie i nie raz niepokoi mnie kierunek, w którym mnie prowadzi, ale wiem, że byłam ważna w tej wojnie. Byłam czymś w rodzaju żywej męczennicy i chociaż jestem w mniejszości, która przeżyła tą krwawą wojnę i dotrwała „lepszych” dni, jestem na zawsze więźniem moich mrocznych wspomnień.
Wiem, że nigdy nie uda mi się zapomnieć, ale grzechem byłoby chcieć to zapomnieć. Musimy pamiętać. To nasz obowiązek, jako żyjący ludzie, więc kiedy dzisiejszej noc budzę się z koszmaru, a Peeta szepcze:
- One nigdy nie odejdą. Prawda czy fałsz?
Bez wahania mogę odpowiedzieć:
- Prawda.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

A WIĘC...

A więc tak... Naszła mnie myśl. Następna notka będzie specjalna. Ale tak SPECJALNA!
Ale wpadłam na to dopiero dzisiaj, kiedy już kończyłam tą, która miałam. Stwierdziłam, że ni w ząb mi się nie podoba i dlatego notki brak. W niedziele mam zamiar was odrobinę wzruszyć, a za dwa tygodnie czeka epilog :D A więc zapraszam w niedzielę, kochani moi.

niedziela, 13 grudnia 2015

135. 79:e głodowe igrzyska

Witajcie, moi drodzy!
Zapraszam was do komentowania i życzę przyjemnego czytania.
- Tina
##############################################

Kiedy się budzę, wiadomość tekstowa już na mnie czeka. Nie wiem dokładnie, co kierowało Johanną, ale mimo to mam ochotę rzucić nią o ścianę.
Wesołych 79:ych głodowych igrzysk, dziewczyno igrająca z ogniem.
Tak... Na prawdę mam ochotę urwać jej głowę. Johanna, to zawsze była i zawsze będzie maszyna do denerwowania i nic i nikt nie jest w stanie tego zmienić.
- Jaki dzisiaj jest dzień? – pytam ubierającego się do pracy Peetę, ponieważ po prostu muszę się upewnić.
- Środa. Dlaczego pytasz?
- Nie... Chodzi mi o datę.
- Dwudziesty lipca.
Spogląda na mnie. Leżę skulona pod kołdrą i gapię się z szeroko otwartymi oczami w przestrzeń. Nie dziwne, ze nabiera podejrzeń.
- Nic... Nie ważne. – bagatelizuję nie mając ochoty na ciągnięcie tematu.
Peeta marszczy brwi, ale się nie odzywa. Może zwala moje dziwne zachowanie na hormony. Może znowu myśli, że wpływa na mnie ciąża.
Może ma racje?
Nie zauważam, kiedy kończy zapinać śnieżnobiałą koszulę i wiąże krawat. Obchodzi łóżko i siada obok mnie po mojej stronie.
- Wszystko w porządku? Wyglądasz mizernie.
- Mdłości. – kłamię.
Kładzie mi rękę na czole z politowaniem w oczach. Pochyla się i delikatnie całuje mnie w czoło omijając jednak moje usta, jak nie czyniłby w każdy inny dzień. Wie, że nie lubię, jak mnie całuje, kiedy mnie mdli. Teraz jednak desperacko chcę, żeby mnie pocałował. Powstrzymuję się tylko dlatego, żeby się nie ujawnić.
- Mam zostać? – pyta.
- Nieee... Idź i rozwiąż kilka sporów.
Śmieje się tylko.
- Wrócę najszybciej jak się da. Prześpij się jeszcze. Miałaś ciężką noc. – szepcze, gładzi mnie po włosach i ponownie całuje w czoło. Ma oczywiście na myśli moją bezsenność.
Po drodze chwyta marynarkę i już go nie ma.
Wzdycham.
A więc minęło pięć lat od nieszczęsnych dożynek, na których Effie Trinkett wylosowała imię mojej siostry i męża. Dożynek, które zaowocowały śmiercią setek tysięcy ludzi, ponieważ nie potrafiłam ugasić pożaru. Spoglądam na zegarek. W Panem jest teraz czwarta rano. Pięć lat temu o tej godzinie jeszcze smacznie spałam nie wierząc, co stanie się za kilka godzin..
A teraz wkraczam w drugi trymestr ciąży.
Kładę dłonie na oczach i śmieję się cicho z ironii sytuacji.
No nic... Mój mózg nastawia się na tryb poranek. Czas wstawać.
Kiedy jednak prostuję się do pozycji siedzącej zaczyna kręcić mi się w głowie i opadam na poduszki. Przez chwile nie mogę się ruszyć, bo w mojej głowie rozbrzmiewają dzwoneczki.
Tylko nie to...
Zmuszam się do kolejnej próby i tym razem jestem przygotowana. Czekam, aż zawroty głowy miną…
Właśnie wtedy, jak na zawołanie rozbrzmiewa dzwonek.
Przeklinam w myślach tego kogoś, kto dobija się do moich drzwi o ósmej rano jednocześnie stawiając stopy na podłodze.
Palce mi mrowieją i niewyspana narzucam na ramiona szlafrok jednocześnie schodząc po schodach.
Otwieram drzwi z miną wkurzonego dziecka. Kiedy jednak dostrzegam osobę za nimi stojącą moje brwi unoszą się niemal do linij włosów, a rozdrażnienie mija.
- Gale... – szepczę niedowierzając.
Stoi dumnie wyprostowany z nieśmiałym uśmieszkiem na ustach i w wojskowym ubraniu żołnierzy z trzynastki. Nie mogę uwierzy, że to naprawdę on.
- Hej, Kotna. Dawno się nie widzieliśmy, co?
Obrzuca mnie spojrzeniem od stóp do głów i uśmiecha się szeroko.
- Gale... To ty! – szepczę i podchodzę bliżej niego, żeby objąć go za szyję. Uśmiecham się szeroko. – Co ty tutaj robisz.
- Akurat przechodziłem. – śmieje się ironicznie.
- Wejdź do środka. – nalegam pociągając go za rękaw.
Gale zostawia buty na korytarzu i podąża za mną do jadalni połączonej z kuchnią. Siada przy stole i patrzy w moja stronę, kiedy przygotowuję nam coś do picia.
- A więc to prawda. – mówi nagle przerywając mi wywód o... Już nawet nie pamiętam czym.
- Co? Co jest prawdą?
W odpowiedzi pokazuje na mój doskonale widoczny pod obcisłą koszulką brzuch.
- Emm... Aach. Tak.
- Który to miesiąc?
- Początek czwartego. – wyjaśniam.
Na chwilę zapada cisza. Zastanawiam się jak podtrzymać konwersację i już wpadam na Dobre pytanie, kiedy Gale ponownie się odzywa.
- Jak udało mu się ciebie przekonać?
Moje usta otwierają się, ale zaraz zamykają się nie wiedząc co z siebie wydobyć.
- Gale...
- Wydawało mi się, że tego nie chciałaś.
- Bo nie chciałam.
- Czyli co, wpadłaś?
- A więc tak to się teraz nazywa?
- Tak czy nie?
- Na litość boską! – prawie krzyczę odwracając się do niego. – Po pierwsze nie, a po drugie, co cię to obchodzi? To nie twoja cholerna sprawa. – warczę.
Sięgam dłonią do włosów i przeczesuję je palcami. Napięcie staje się nieznośne, więc nie patrząc na niego odwracam się przodem do blatu. Biorę głęboki oddech.
- Przepraszam. – mówię ze skruchą.
- Nie... To ja przepraszam. Masz racje – to nie jest moja sprawa.
Zaciskam zęby, bo nagle przeszywa mnie dreszcz, kiedy coś w moim środku się porusza. Subtelnie i nie gwałtownie, ale jednak. Odruchowo unoszę rękę i kładę ją na brzuchu ciężko oddychając.
Poruszyła się.
Nie pozwalam jednak na jakiekolwiek emocje w tej chwili. Ignorując targające mną uczucia chwytam dwa parujące kubki i zwracam się w kierunku Gale’a.
- Po prostu jestem ciekawy. Zawsze byłaś bardzo pewna tego jednego.
- Czasy się zmieniają, Gale. Ludzie też. Ty, jak nikt inny powinieneś to wiedzieć. – odpowiadam.
- I spodziewasz się, że wyciągnę inne wnioski, niż ten przed chwilą tylko dlatego, że powiesz coś w tym stylu?
Zaczyna mnie irytować.
- Wyciągaj sobie jakie ty tam jakiekolwiek wnioski chcesz. Powiedz mi lepiej co tutaj robisz i czy przyjechałeś tu tylko dlatego, żeby się upewnić czy z Peetą naprawdę spodziewamy się dziecka?
- Sądzisz, że byłbym do tego zdolny?
- Jak najbardziej.
Sprawiam, że lekko się uśmiecha.

Gdy stajemy na przeciwko siebie nie mogę się powstrzymać i zarzucam mu ręce na szyje w niedźwiedzim uścisku. W głowie kołaczą mi jego wcześniejsze słowa.
To zapewne ostatnie nasze spotkanie, Katniss.
W głębi duszy nie chciałam, aby tak właśnie było. Spędziliśmy razem całe lata pomagając sobie nawzajem przeżyć, a teraz mamy na dobre się rozstać. Z zaciśniętym gardłem szepczę.
- Żegnaj, Gale.
A on odpowiada.
- Żegnaj, Katniss.
Odsuwa się szybciej, niż jestem skłonna się od niego odczepić. Spogląda mi jeden jedyny raz w oczy i odwraca się, by odejść gdzieś, gdzie ja nie mam dostępu.

niedziela, 6 grudnia 2015

134. Objawy

Witam was kolejny raz i zapraszam do czytania i komentowania notki.
- Tina
####################################

- Żadnych porannych mdłości, wzmożonego apetytu, wahań nastrojów? – doktor Evans stara się wyciągnąć ze mnie jak najwięcej szczegółów dotyczących ciąży.
Peeta siedzi obok mnie trzymając mnie delikatnie za rękę. Wsłuchuje się z uwagą w każde, najcichsze słowo wypowiedziane przez Evans.
To końcówka trzeciego miesiąca. Jesteśmy w dwunastce po raz pierwszy od naszej ostatniej wizyty na początku maja. Lipcowy skwar zdążył zagościć w dwunastce w tak samo nijakim stopniu, jak w Londynie, a my postanowiliśmy odwiedzić dwunastkę i zobaczyć się z wszystkimi.
Wracam myślami do chwil, gdy opowiadaliśmy reszcie o dziecku. Johanna i Effie, tak samo, jak Bariel i Annie o mały wos nie dostały palpitacji. Mama rozpłakała się w moje ramie, a Leevie zaniemówił. Ludzie w Kapitolu kompletnie oszaleli. Od miesiąca, odkąd wyciekła informacja o dziecku w każdym kapitolińskim brukowcu zamieszczany jest minimalnie jeden artykuł o nas. Od tamtego czasu otrzymaliśmy blisko dwadzieścia zaproszeń do wywiadu z Cezarem w Kapitolu. Urządzono nawet odcinek pewnego teleturnieju, który poświęcony był zgadywaniu płci i imienia, jakie dostanie nasz potomek. Wymiotować się chce i to bynajmniej nie z powodu porannych mdłości.
Niestety nie mogę poinformować Gale’a... Podzielić się z nim radosną nowiną, ponieważ ich położenie cały czas jest ściśle tajne. Jeśli jednak Gale jest w Panem, to na sto procent już wie.
Mała Posy (niedawno skończyła osiem lat!), która wraz przyszywaną matką i ojcem zawitała na kilka dni w dwunastce nie mogła zrozumieć w jaki sposób dzieci znajdują się w brzuchach matek. Zabawnie było słuchać jej najróżniejszych teorii i hipotez.
- Czasami...
- Często. – poprawia mnie Peeta.
Zaciskam usta w cienką linię. Od kilku tygodni jestem najbardziej nieznośną żoną na świecie. Rankiem często wymiotuję, nocami nie śpię, a w dzień miewam dziwne wahania nastrojów. Denerwuje mnie rażące światło, niewygodna poducha czy tykający zegar. Wszystko potrafi doprowadzić mnie do białej gorączki, a po kilkunastu minutach nie rozumiem już dlaczego byłam taka zła. Podobnie ze smutkiem, albo szczęściem. Irytują mnie nawet moje własne emocje. A najgorsze jest to, że Peeta jest tak nieskończenie wyrozumiały i czuły. Nawet, kiedy zaciskam zęby, żeby nie rzucić w niego jakimś wrednym komentarzem. To cud, że jeszcze nie stracił cierpliwości.
- Prawie codziennie. – przyznaję.
Doktor Evans świdruje mnie wzrokiem.
- Bardzo ważne, aby niczego pani nie bagatelizowała i mówiła mi o wszystkim.
Nie chciałaby tego. Nie jest Dr Aureliusem – psychiatrą, który leczył mnie przez kilka miesięcy po powrocie do dwunastki. Nie chciałaby słyszeć o rzeczach, które od czasu do czasu pałętają mi się w głowie. W głębi duszy wiem, że mówi tylko o fizycznej stronie mojego samopoczucia, ale nie mogą się powstrzymać przed rzuceniem kilku niemiłych komentarzy pod jej adresem w myślach.
- Dobrze.
- Nie odczuła pani żadnych ruchów?
-  Nie.
- Hmmm... To przyjdzie z czasem. Nie planują państwo zawitać w dwunastce w najbliższych miesiącach, czyż nie? – pyta.
- Nie. –odpowiada jej Peeta. – Skontaktowaliśmy się z tamtejszą ginekolog, która będzie regularnie przeprowadzać badania, ale w dwunastce nie pojawimy się przez dłuższy czas.
Przypominam sobie, jak jeszcze kilkadziesiąt minut temu omal nie zemdlała na wieść, że chcę, żeby to moja mama odebrała mój poród zamiast niej. Od tego czasu nabrała do mnie jakiegoś chłodnego dystansu.
- Zrobimy więc dzisiaj USG i ustalimy dokładniejszą datę terminu porodu. Proszę też zwrócić uwagę na to, że to tylko teoretyczny termin. Nie jestem w stanie zapewnić panią, że dokładnie tego dnia pojawi się dziecko. – wyjawia.
Jakbym nie miała o tym pojęcia. Możliwe, ze to procedura, ale i tak mnie tym denerwuje. Ostatnio wszystko mnie denerwuje.

Wyciągam się na stole przykrytym białą, papierową płachtą i mrużę delikatnie oczy. Jaskrawe światło z lamp pod sufitem razi mnie w oczy.
Peeta zajmuje miejsce na fotelu obok stołu i krzywi się siadając. Evans zostawia nas, aby przynieść swój sprzęt. Przyglądam się Peecie badawczo. Zauważa, że się w niego wpatruje i marszczy brwi.
- Co? – pyta.
- Wszystko w porządku?
Nie zdąża mi odpowiedzieć. Doktor wraca do pokoju z tubką pasty w ręku. Zauważam na jej twarzy cień podekscytowania. Siada na taborecie na kółkach i wręcz podjeżdża na nim do mojego łóżka. Pieczołowicie uruchamia aparaturę.
Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Mama nigdy nie miała dostępu do maszyn z Kapitolu. Ludzie nigdy nie byli pewni ciąży ich dziecko jest zdrowe... Ba... Czy jeszcze żyje, dopóki się nie urodziło. Czy też nie urodziło. Na dodatek wszechobecny głód często sprawiał, że ludzie decydowali się na dzieci tylko z powodu astragali, które owe pociechy mogły im zapewnić. Nie dziwiło mnie takiego typu zachowanie. Taka jest właśnie nasza natura. Jesteśmy nieskończenie samolubni.
Doktor rozsmarowuje na moim odstającym brzuchu zimny żel po czym kładzie na nim coś kształtem przypominające telefon komórkowy połączony cienkim przewodem z resztą maszyny. Na niewielkim ekranie pojawia się około setka czarno białych pasków, na które kobieta patrzy z uwagą. Przesuwa urządzeniem na boki, w górę i w dół, aż a w końcu nieruchomieje.
- Tutaj jest. – mówi. Na jej twarz wypełza uśmiech.
Seria kresek i zakłóceń przybiera ledwo widoczny kształt. Ciężko ów kształt nazwać.
- Chcą państwo poznać płeć?
Oddech więźnie mi w gardle. Spoglądam na Peetę. Wpatruje się, jak zaczarowany w obrazek na monitorze, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół.
- Peeta... –  Powietrze przedostaje się przez moje gardło w najcichszym z szeptów. – To nasza córka. – szepczę.
Oboje spoglądają na mnie. Evans marszczy brwi po czym ponownie przygląda się ekranowi.
- Skąd pani widziała?
A więc to prawda. Moje sny okazały się prawdziwe. Przed oczami staje mi dziewczynka z ciemnymi lokami i z szerokim uśmiechem na ustach.
Willow...
- Przeczucie. – wyjaśniam.
Peeta podaje mi rękę. Spoglądam mu w oczy. Dostrzegam w nich odbicie własnych uczuć. Zachwyt, szczęście i rozczulenie.
Spodoba mu się to imię, które mój mózg bezustannie podsuwa?
- Tak... To nasza córka. – mówi z uczuciem.

niedziela, 29 listopada 2015

133. Snów ciąg dalszy

Witam was!
Zapraszam na notkę i widzimy się w niedzielę!
- Tina

##################################################

Przez dłużącą się chwilę mam wrażenie, że Peeta podskoczy i stuknie pietami w powietrzu, ale on tylko patrzy mi w oczy. Jego twarz dopiero po jakimś czasie zaczyna wyrażać jakieś emocje. Najpierw bierze głęboki wdech.
- Naprawdę? – pyta.
Rysy jego twarzy robią się łagodne, a oczy nie dowierzają.
- Tak. Będziesz tatą. – szepczę.
Na jego twarz wypełza tak szeroki uśmiech, że nie potrafię go nie odwzajemnić. Peeta porywa mnie z miejsca i wiruje ze mną w ramionach głośno się śmiejąc. Trzymam się kurczowo jego szyi i nawet kiedy stawia mnie na ziemi czuje jeszcze zawroty głowy. Peeta przyszpila swoje usta do moich z taka siłą, że aż boli. Mimo to oddaję mu pocałunek z taką samą żarliwością i oddaniem.
Kładzie mi dłonie na plecach i przyciąga bliżej do siebie.
W tej chwili nie zastanawiam się czy sobie poradzę, czy na pewno mi się uda, bo wiem, że Peeta mi pomoże bez względu na wszytko i nie pozwoli mi się potknąć, a co dopiero przewrócić.
- Oh, Katniss... – szepcze miedzy pocałunkami.
Tak bardzo się cieszę, że mogę mu dać powód do takiego szczęścia. Odsuwa się i patrzy mi w oczy. Oboje staramy się złapać oddech, ale na naszych twarzach goszczą uśmiechy. Peeta sunie jedną  dłonią na moje biodro, a potem na brzuch, gdzie się zatrzymuje. Spogląda na swoją dłoń po czym szepcze cicho.
- Witamy.
Słysząc to, całkowicie się rozklejam. Kładę rękę na jego dłoni i uśmiecham się szeroko.
O to właśnie chodziło!
- Jeszcze wczoraj nie sądziłem, e to będzie możliwe. – wyznaje.
Spoglądam mu w oczy i widzę szklące się na nich łzy.
- Ja też nie. Przyznaję, że to niesamowity prezent urodzinowy.
- Nie da się ukryć.
Zbliża się do mnie i całuje moją skroń z szerokim uśmiechem.

Tej nocy znowu śnię o tajemniczej dwójce dzieci. Tak, jak dawniej – jest ich dwoje. Dziewczynka i chłopiec. Chłopiec jest definitywnie młodszy, a rozszalałe blond loki podskakują wokół szarych oczu, kiedy biegnie wzdłuż strumienia. Dziewczynka ma ciemne włosy, które smaga wiatr, kiedy oparta o moje ramie śpiewa ballady z dwunastego dystryktu. Znam je wszystkie. Nagle dziewczynka milknie, wyciąga rękę i wyławia listek z moich włosów. Zaczyna obrywać go, ale nie powraca do śpiewania.
- Dlaczego przestałaś śpiewać? – szepczę.
- Kiedy tata do nas wróci, mamo? – pyta melodyjnym głosikiem. Nie ma więcej niż osiem lat, a w jej oczach błyszczy ledwie widoczny smutek.
- Niedługo, skarbie. – pocieszam ją słabym głosem.
- Ostatnio też tak mówiłaś. – skarży się. – Chcę, żeby już był w domu.
- Ja też... Wiesz, że nie lubi wyjeżdżać.
Spogląda na swój listek i ze złością rozrywa go na pół. Wyrzuca go w trawę i spogląda na mnie zbolałym wzrokiem.
- Ale nie ma go już tak długo! – zawodzi.
- Ja też za nim tęsknie. – mamroczę. – Ale nie jest daleko i niedługo wróci. Ma ciężki problem do rozwiązania w pracy. Wiesz o tym.
- A co można zrobić, żeby wrócił szybciej? – naciska.
- Hmm... Może, jeśli bardzo, bardzo mocno sobie tego zażyczysz...
- Bardzo, bardzo sobie tego życzę! – mówi z przejęciem.
- Życzenia czasem się spełniają.
To nie byłam ja, czy siedząca obok mnie córka. Głos pochodził zza moich pleców. Wciągam głośno powietrze i odwracam głowę w stronę osoby mówiącej. Peeta kuca kilka metrów za nami z delikatnym uśmiechem na ustach. Słyszę głos córki krzyczący „tata!”, kiedy rzuca się w jego stronę. Chłopcu udaje się ją usłyszeć i zaczyna biec w stronę mojego męża, który już trzyma jedną w niedźwiedzim uścisku. W ostatniej chwili odbija się od ziemi i ląduje prosto w otwartych ramionach Peety, który już czekał na odebranie kolejnego dziecka. Przytula ich mocno do siebie, a potok słów wypływa z ust każdego z nich w tempie tysiąca na minute. On słucha cierpliwie nie wypuszczając ich z objęć.
- Tęskniłem za wami. A teraz przywitam się z mamusią, dobrze? – mówi ciepłym tonem.
Oboje niechętnie się od niego odsuwają, a ja podnoszę się z koca i zbliżam się. On Też wstaje. Dzieci zbiegają do strumienia, aby przynieść znalezione przez dziewczynkę rano błyszczące kamyki.
Uśmiech sam wypełza mi na usta, kiedy niechciana łza spływa mi po policzku. Rozkłada ramiona, a ja od razu się w nich znajduję. Potem całuje mnie przeciągle i długo, jakby przez ten jeden pocałunek chciał nadrobić wiele tygodni rozłąki. Czerpię przyjemność z wtulania się w jego ramiona zupełnie, jak za każdym razem, ale teraz zdaję się potrzebować tego dużo bardziej. Już od dawna nie byliśmy rozdzieleni na tak długo.
- Wróciłeś wcześniej...
- Tak. Miałem serdecznie dosyć tego śmierdzącego Kapitolu. Mam okropnie dosyć tego miasta. – wyznaje. – No i... Tęskniłem za wami zdecydowanie zbyt bardzo.

Sceneria się zmienia.

- Mamo... Mamo... – słyszę ciche pojękiwanie.
Uchylam oczy i zauważam twarz dziewczynki o niebieskich oczach. Podnoszę się powoli i przecieram oczy. Spoglądam w bok. Peeta śpi spokojnie wyczerpany po podróży.
- Co się dzieje? – pytam.
- Przyśnił mi się koszmar. – mówi. – Pomożesz mi go odpędzić?
- Oczywiście.
Drepcze za mną powoli trzymając w ręce swojego misia. Kładę ją do łóżka i przysiadam na jego kancie. Ona wyciąga się i przeciąga po czym kładzie głowę na poduszce i ziewa.
- Zaśpiewasz coś? W oddali łąki, może?
- Dobrze. – odpowiadam. – Deep in the meadow... Under the willow...
Under the willow...
Under the... Willow.
Willow.

Budzę się nagle. Oczy mam spowite mgłą. Przecieram je raz za razem, a słowo ciągle huczy mi w głowie. Kładę rękę na brzuchu i podnoszę się do pozycji siedzącej.
- Willow. Masz na imię Willow. Będziesz mieć na imię Willow.

niedziela, 22 listopada 2015

132. Radosne wieści

Witam!
Prosiliście o coś dłuższego, więc proszę.
Kosogłos zainspirował mnie do napisania dzisiejszej notki.
Zapraszam do komentowania.
- Tina
##########################################################

Opieram się o balustradę schodów i zwracam twarz ku sufitowi. A więc to tutaj spędzę najbliższy rok...
Domek nie jest tak wielki, jak w wiosce zwycięzców. Nie potrzeba nam tyle miejsca. Zamiast siedmiu pokoi są trzy plus salon.
Nie widziałam nigdy chociażby zdjęcia tego miejsca, a mimo to czuję, że szybko się przyzwyczaję. Ten dom – położony na obrzeżach Londynu, jest w każdym stopniu tak idealny, jaki mógłby być. Ściany z drewna, ceglany kominek, ciepłe kolory, dużo roślin.
Prim by się tu spodobało, myślę i od razu popadam w lekki smutek. Zamykam oczy i potrząsam głową, aby odgonić wspomnienia mojej siostry stającej w płomieniach. Byłam tak blisko niej... Gdybym od razu pobiegła, chwyciła ją za ramię... Nie... Nic nie mogłam zrobić.
Peeta pochodzi do mnie i kładzie mi rękę na plecach.
- Podoba ci się? – pyta miękko.
- Idealnie. – odpowiadam nie zdolna do uśmiechu. Jestem, jak otwarta księga.
- Co się stało?
- Nic... Po prostu... Prim by się utaj spodobało. – szepczę niemal niesłyszalnie. Łzy stają w moich oczach. Tak dawno nie płakałam za siostrą.
Peeta przyciąga mnie do siebie i przytula mocno. Kładę głowę na jego ramieniu i pozwalam kilku łzom spłynąć po policzkach i splamić mu ubranie.
- Gdybym tylko mógł jakoś uśmierzyć twój ból...
- Po prostu zostań. Zostań ze mną. – szepczę mu w szyję.
- Zawsze, skarbie. Zawsze...

Przechadzam się dookoła.  Staram się zwiedzić wszystko jak najlepiej. Jest tu przepięknie. Nie tylko w domu. Można by myśleć, że  cała cywilizacja jest oddalona o setki kilometrów. W zasięgu wzroku znajduje się tylko duża polana i las, a dalej przepływa rzeka.
Starałem się, abyś czuła się tutaj jak najlepiej, powiedział Peeta, kiedy tylko przekroczyłam próg.
Stojąc po środku kuchni zaglądam za okno wychodzące na polną drogę i podjazd. Peeta wymienia uprzejmości i żegna ludzi, którzy przywieźli nasze rzeczy. Podaje mu rękę i potrząsa nią delikatnie.
Odchodzę od okna i niechcący trącam pośladkiem krzesło przystawione do wyspy. Odwracam się i zauważam kopertę leżącą na wyspie. Bielusieńka i idealna z dwoma nazwiskami na przodzie. W prawym dolnym rogu Katniss Everdeen, a w lewym górnym  Gale Hawthorne.
Patrze się na kopertę niczym na broń. Gale? Co Gale mi napisał? Decyduję się na nie wnikanie. To nie ważne chwilowo. Chwytam kopertę i chowam ja w kieszeni kurtki mojego ojca, którą wieszam na wieszaku. Słyszę odgłos otwieranych drzwi. Peeta wchodzi do środka i spogląda mi w oczy.
- Bierzmy się do roboty.
Zaczynamy od kuchni. Niespiesznie wypakowujemy kolejne kartony pełne kubków i talerzy. Praca idzie powoli, ale przed wieczorem zostaje nam tylko sypialnia. Wyciągam ubrania jedno po drugim, kiedy odzywa się Peeta.
- Co to?
Spoglądam na niego. Trzyma w rękach szkatułkę, w której trzymam kilka ważnych dla mnie rzeczy. Chwyta w palce naszyjnik ze zdjęciami mamy, Prim i Gale’a i unosi go do góry. Przygląda się uważnie wisiorowi.
- Nie podarowałaś go Posy? – pyta skonsternowany.
- Nie mogłabym. – przyznaję. – Dałam jej replikę.
Kiwa głową po czym odkłada wisiorek na miejsce. Następnie jego palce trafiają na perłę. Unosi ja do twarzy i przygląda się uważnie.
- Dałem ci ja podczas ćwierćwiecza. Prawda czy fałsz?
- Prawda. – mówię i uśmiecham się smutno. – Pomagała mi przebrnąć... przez to wszystko.
Kładę dłonie na spodniach i ścieram z nich pot. Złe wspomnienia na chwilę powracają. – Była dla mnie cząstką ciebie.
Jego twarz łagodnieje. Odkłada szkatułkę, w której znajduje się jeszcze broszka i spadochron na stoliczek nocny i wyciąga ku mnie ręce. Bez wahania wstaję i rzucam się w jego stronę. Potrzebuję jego bliskości teraz bardziej niż kiedykolwiek. Tuli mnie mocno do piersi i zanurza nos w moich włosach.
- Jak myślisz... To kiedyś zniknie? – pyta.
- Nie sądzę.


Dwa tygodnie mijają powoli. Nudzę się, kiedy Peeta jeździ do parlamentu czy pałacu i przez parę godzin muszę radzić sobie sama. Szczerze, to jest to okropnie nudne. Uczę się więc gotować z książki kucharskiej mamy, czytam co wpadnie mi w dłoń i już od lat nie byłam tak dobrze zaznajomiona z sytuacja polityczną w Panem.  Staram się zagospodarować wolny czas i notuję w pamięci, aby przywieźć z dwunastki więcej książek. Kilka razy dzwonią. Johanna, Annie, mama, Bariel, a nawet Beetee. Nawet doktor Aurelius postanowił sprawdzić moją sytuację psychiczną.
W każdym razie z wielkim utęsknieniem wyczekiwałam wycieczki do dwunastki.

kiedy wpadłam Johannie w ramiona, to przez długi czas nie mogła się ode mnie uwolnić. Jej córeczka także widocznie się stęskniła, bo zaczęła wymachiwać rączkami w kierunku Peety i płakać błagalnie. Rozpromieniła się, kiedy mój mąż wziął ją na ręce. Popołudnie spędziliśmy z rodziną Johanny i śliską Sae.
Teraz siedzę tu... Po raz kolejny. Odrętwiała i niewyspana, ale pełna nadziei. Dzisiaj są moje urodziny. Peeta obudził mnie śniadaniem do łóżka, ale znowu miał dużo do zrobienia w związku ze sprzedażą piekarni.  Gabinet doktor Evans pierwszy raz nie jest pusty. Siedzą tu jeszcze dwie szepczące między sobą kobiety, które udają, że nie ignorują. Ich co chwila odwracające wzrok oczy mówią jednak coś innego. Doktor Evans wywołuje mnie pierwszą, abym poznała wyniki badań. Dzięki bogu, bo o mały włos nie poprosiłam ich, aby przestały się na mnie gapić.
Siadam na przeciwko rozpromienionej doktor Evans.
- Jak się pani czuje?
- Dobrze.
I tu się gadka szmatka kończy. Kobieta spogląda na monitor przed sobą i wodzi wzrokiem po literach. Trwa to dosyć długo. Patrzy tam i patrzy, jakby szukała czegoś, czego tam nie ma.
A jednak, myślę. Nie ma na co liczyć.
Nagle Evans unosi brwi szeroko i spogląda w moją stronę, potem zwraca swoja uwagę ponownie na monitor.
- Pani Mellark... Jest pani w ciąży.
Zajmuje mi to kilka chwil zanim rozumiem co powiedziała, a właściwie bardziej zaczynam pojmować, a nie rozumieć. Mózg przetwarza informacje, zaczyna boleć mnie głowa. Doktor Evans kipi ze szczęścia, ale mnie kompletnie zatkało.
Udało się? Naprawdę się udało? Nieświadomy szeroki uśmiech wypływa mi na twarz, a moja ręka sama unosi się do brzucha.
Jestem w ciąży...
Przed oczami staje mi obraz małej dziewczynki bawiącej się w chowanego ze mną i z Peetą w ogrodzie. To dziewczynka z moich snów. Ciemne włosy, niebieskie oczy i szeroki uśmiech, który topi lód każdego serca.  Uśmiech, który powoduje, że nawet moje, poranione i skute lodem serce topnieje i ponownie zaczyna bić.
- Gratulacje!
Nie wiem czy na pewno, ale chyba ustalamy datę kolejnego spotkania, a ja dostaję w podarunku wydruk wyników badań, których ani ja ani nikt inny oprócz doktor Evans nie będzie potrafił rozszyfrować.
dziecko... Będę miała dziecko. Dziecko Peety. Moje oczy nieustannie zachodzą łzami na nowa, a ja nie mogę się otrząsnąć. Nagle czuję tak bezgraniczną miłość do tego maleństwa, jaką czułam do Prim. Uczucie, że muszę je chronić, chociaż musiałabym poświęcić wszystko co tylko mam.

Nagle znajduję się z powrotem w wiosce zwycięzców. Poranne, majowe słońce opada na moją skórę i mam wrażenie, że dodaje mi odwagi. Aż zdziwiona jestem tym, że brak we mnie wątpliwości. Zero.
Jak powiedzieć o tym Peecie? Wymyślić coś specjalnego czy po prostu mu o tym powiedzieć?
Żużel głośno chrzęści mi pod stopami, kiedy zbliżam się do schodów domu. Słyszę zza pleców wołanie.
- Katniss!
Odwracam się tak szybko, że splecione w warkocz włosy boleśnie uderzają mnie w twarz. Mama stoi w bramie wioski i uśmiecha się. Zbiegam po schodach prosto w jej stronę. Biegnę tak szybko, że o mały włos nie potykam się o własne nogi. Oplatam mamie ręce na szyi i przytulam ją mocno.
- córeczko... – szepcze i odwzajemnia uścisk. – Wszystkiego najlepszego. Masz dwadzieścia jeden lat. Czujesz się już stara?
Śmieję się cicho.
- Już nawet siwieję.
Odsuwam si od niej. Nie widziałyśmy się od wielu miesięcy i dobrze jest ją znowu widzieć. Mama przygląda się mnie z uwagą.
- Wyrosłaś na tak dzielną kobietę... Żałuję, że przegapiłam większość twojego dorastania.
- Byłaś chora. – bronię jej.
- To mnie nie usprawiedliwia. – mówi z żalem.
Patrzę na nią ze zbolałą miną. Ma nie całe czterdzieści pięć lat, a wygląda na dużo mniej. Zmarszczki w kącikach oczu i pierwsze oznaki siwizny to jedyne, co może odznaczyć jej wiek. Chwytam ją spontanicznie za rękę i pociągam.
- Chodźmy... napijemy się czegoś.
Peety nie ma w domu. Spodziewałam się tego. Pewnie jeszcze przez jakichś czas nie będzie dostępny.
Siadamy przy stole w jadalni, a ja nalewam nam obu po kubku herbaty ziołowej i stawiam parujące kubki na stole. Mama bierze łyk i uśmiech się lekko.
- To napój z mojej książki kucharskiej.
Nie jestem pewna, ale chyba się rumienię.
- Co się u was tutaj dzieje? Jak Peeta? Podoba ci się w Wielkiej Brytanii?
- Z Peetą wszystko w porządku, a Anglia jak na razie nie wyróżnia się niczym poza piękną naturą. Wszystko spowite już jest zielenią.
Gadka szmatka. Wymieniamy się nic nie znaczącymi wiadomościami, Dowiaduje się, że mama spotkała Vicka, który przyjechał ją odwiedzić.
- On ma już siedemnaście lat, a ty.. Dwadzieścia jeden. Zanim się obejrzę maleńka Posy będzie szła na studia, a Rory się ożeni...  – mówi tęsknie i wzdycha.
Kładę rękę na jej dłoni i ściskam. Mama spogląda w moje oczy i uśmiecha się delikatnie.
- tak szybko wszyscy rośniecie. Nie nadążam za tym, bo jedyne co robię cały czas, to praca. Za rzadko was widuję i po prostu nie jestem w stanie... – ociera łzę.
Uśmiecham się smutno. To prawda. Tak dawno nie widziałam mamy. Miesiące mijają tak szybko.
- Za miesiąc minie pięć lat od pierwszych  igrzysk...
- Tak... Dwa lata od waszego ślubu, trzy od wojny i... Śmierci...
- Prim. Prim, Finnicka, Boggsa, Coin, Snowa i całej reszty. – mówię z taką szybkością, że wymówienie tych wszystkich imion nie sprawia mi zbyt wielkiej trudności. – Było ich tak dużo.
- Dziesięć lat od śmierci waszego ojca...
- Dwa od śmierci Haymitcha. – dodaję.
- To zabawne, ale ciągle mam wrażenie, że pustka w domu jest spowodowana tylko tym, że ty polujesz lub jesteś u Haymitcha lub Peety, a Prim jest w szkole... Że Hazel Hawthorne ciągle opiekuje się dziećmi i śpiewa im kołysanki na dobranoc, a za kilka tygodni będzie następne losowanie. – szepcze i spuszcza wzrok.
Proszę... Mama jest w dwunastce od zaledwie godziny, a już obudziłam w niej te wszystkie złe wspomnienia. To powoduje, że moja propozycja o powrocie do dwunastki wydaje mi się okropnie głupia.
- Ja też czasami się czuję podobnie.
Zapada cisza, a my oddajemy się myślom o tym, co minęło. Mówią, żeby nie wracać do przyszłości, a doktor Aurelius szczególnie wiele razy mi to powtarzał, ale moim zdaniem trzeba czasami zajrzeć w tamtą część swojego umysłu. Trzeba wspomnieć ludzi, których się utraciło i ukochanych, których już się nie zobaczy.
Słyszę dźwięk otwieranych drzwi i domyślam się, że to Peeta. Słychać doskonale jego ciężkie kroki.
- Katniss?
- Tutaj! – odkrzykuję.
Mama wstaje i kieruje się w stronę korytarza. Wtóruje jej. Na widok Peety mama uśmiecha się szeroko.
- Pani Everdeen... – wita się mój mąż.
- Oh, Peeta. – szepcze mama i przyciąga go do siebie. Peeta obejmuje ją z uśmiechem na ustach. Po chwili odsuwają się od siebie i mama przygląda mu się uważnie.
- Wyglądacie oboje jakoś tak inaczej... Doroślej. – przyznaje.
- Cóż, nie widzieliśmy się spory kawał czasu.
- No tak... Ach, jak ten czas leci. Mam zamiar za chwilę odwiedzić Johannę i zerknąć na zdrowie Silvi... A ona ma już prawie rok! – dziwi się.
To się mamie wzięło na wspominanie.
- Fakt, mnie też to jakoś szybko umyka. – przyznaje Peeta po czym podchodzi do mnie i cmoka mnie czule w usta. Celowo unikam jego wzroku, aby nie wyczytał z moich oczu jakie wieści mam mu do przekazania. Cieszę się, że mama chce nas na chwilę zostawić.
- Idź... Jak wrócisz to zjemy jakichś lunch i pogadamy więcej. – mówię.
Mama odwraca się do mnie.
- Załatwię to szybko, szczerze, to kompletnie o tym zapomniałam. – mówi. – Wrócę niedługo i wtedy weźmiemy się, jak należy za świętowanie twoich urodzin.
Kiwam głową i uśmiecham się do niej.
Kiedy zamyka za sobą drzwi Peeta niemal natychmiast odwraca mnie ku sobie i patrzy mi głęboko w oczy. Kiedy opuszczam wzrok chwytam mnie za brodę i pociąga ją ku górze. Cóż, trzeba zrezygnować z próby zaskoczenia go w jakichś kreatywny sposób, bo czuję, że jeśli zaraz mu nie powiem, to nie wytrzymam.
Jego czy pełne są chłopięcej nadziei. Wyobrażam sobie, jak zareaguje dokładnie w chwili, kiedy mówię.
- Udało się. Będziemy rodzicami.

niedziela, 15 listopada 2015

131. Powrót kochanków

Witajcie, kochani i Happy Hunger Games Week! Tak! W przyszłym tygodniu większość z nas obejrzy kosogłosa i skłamałabym mówiąc, iż nie umieram. Wybieram się we wtorek (Szwecja) i odliczam godziny.
Dziękuję wam za bycie częścią fandomu i mojego fanfica.
A tymczasem - miłego czytania i nie zapomnijcie zostawić na dole komentarz.
- Tina
########################################

Mija zima. Mroźna i długa. Dopiero z początkiem kwietnia śnieg zaczyna topnieć, a moje i Peety obawy wzrastać.
Raz w miesiącu wybierałam się na badanie, które miało wykazać, że jestem w ciąży i za każdym razem nic nie zostaje wykryte. Grudzień – nic. Styczeń – nic. Luty – nic. Marzec – nic. Zaczęłam już powoli tracić nadzieję. Inne badania wykazały, że nie mam powodów, aby mieć trudności z zajściem w ciążę.  Z żadnym z nas nic nie jest nie w porządku. Widząc, jak i Peeta powoli traci nadzieję, kraja mi się serce. Za każdym razem, kiedy otrzymujemy kolejne wyniki testów smutnieje jeszcze bardziej. Nie ukrywam... Mnie też to dotyka. Nikomu nie powiedzieliśmy o staraniach.
Powoli przygotowujemy się do przeprowadzki. Boję się, jak cholera. Przez ostatnie miesiące ciągle się czymś stresuję.
Silvia zaczęła już stawiać pierwsze kroczki, przez co Johanna zaczęła być niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o nią. Ciekawe, czy będzie podobnie ze mną . O ile w ogóle...
Widząc, jak rośnie w oczach czasami się zastanawiam czy Johanna też to zauważa. Może chciałaby spowolnić proces.
Śliska Sale obiecała zajmować się domem pod naszą nieobecność. Nie zgodziła się na przyjęcie zapłaty, co sfrustrowało zarówno mnie, jak i Peetę.  A czasu do wyjazdu co raz mniej.
Siedzę w prawie pustym pomieszczeniu po raz kolejny czekając na wyniki testów. Peeta miał pójść ze mną, ale miał do załatwienia kilka spraw związanych z przeprowadzką. Zapewniłam go, że z mojej strony nic się nie stanie i dopiero wtedy dał mi wyjść.  Stoją tu dwa fotele i kila krzeseł, a do tego półka z magazynami. Kolory są spokojne i stonowane.
Za każdym razem, kiedy siedzę tu w tym pokoju doktor Evans jestem tak samo przerażona. Co jeśli dzisiaj jest ten dzień? A co jeśli ten dzień nigdy nie nadejdzie? Peeta mówi, żeby nie tracić nadziei, ale mimo to...
Doktor Evans woła mnie do siebie. Wstaję i w ślimaczym tempie wchodzę do jej gabinetu. Siadam na przeciwko jej biurka, a ona zajmuje miejsce przed mną. Jak zawsze się uśmiecha.
Evans jest lekarzem z piątki. Sprowadziła się tutaj kilkanaście miesięcy temu i poleciła mi ją sama Johanna.
- Zobaczmy więc co tam mamy. – mówi spoglądając na komputer. Wpatruję się w nią z oczekiwaniem. Patrzy z wielką uwag ą i mam wrażenie, że myśli. Chwyta kartkę papieru leżącą przed nią na stole i wpisuje coś w puste pole. W końcu ona zaciska usta i wzdycha.
- Niestety, proszę pani... Znowu nic. Przykro mi.
Wzdycham zrezygnowana.
- Możliwe, ze są państwo jedn ą z par z mianem niepłodności idiopatycznej, a znaczy to, że potrafi się podać powodów trudności z poczęciem. Polecam jednak zrobić jeszcze jedne badania zanim się poddamy.
Kiwam głową, chociaż „poddaMY” zabrzmiało trochę dziwnie. Chce mi się płakać. Może to naprawdę nie jest mi dane. Może i jestem młoda, ale jak to się mówi chcemy tego, czego nie możemy mieć.
- Państwo wyjeżdżają, prawda? Czy planujecie odwiedzić dwunastkę w najbliższym czasie?
- Siódmego maja. Na trzy dni.
- Świetnie. Proponuję więc spotkanie ósmego maja, dobrze?
- Dobrze.
Spogląda na moją zbolałą minę i widać w jaj oczach skruchę.
- Kiedyś wam już się udało. Kibicuję wam.
Ech... Mówi o wymyślonej przez Peetę ciąży. Tamtej, która miała na celu zawieszenie igrzysk ćwierćwiecza. Ona nie wie, że wtedy wcale nie byłam w ciąży. Możliwe, że od zawsze było tak, jak jest.
- Dziękuję.
Trzeba oddać sprawiedliwość doktor Evans – stara się mnie pocieszyć. Słyszałam już od niej teksty w stylu „Do trzech razy sztuka” czy „Następnym razem się uda”, jakby to ona była w mojej sytuacji. Może naprawdę wczuwa się w uczucia swoich pacjentów, a może chodzi o mnie i Peetę. W końcu mimo wszystko od zawsze zaszczytem było przyjmować poród dziecka zwycięzcy, a co dopiero dwoje zwycięzców i to nie zwyczajnych, a nieszczęśliwych kochanków, których zna całe Panem. Rzygać się chce.
Wystarczy, że spoglądam Peecie w oczy, a on już wie. Wie, że znowu nic się nie stało. Jego mina rzednie i obejmuje mnie mocno. Wzdycha głośno.
- Może czas dać sobie spokój. – szepcze z rezygnacją.
- Nie. To ty zawsze powtarzasz, żeby nie tracić nadziei. Jeszcze raz. Chociaż raz.

Patrzę, jak mężczyzna w ciemnym roboczym ubraniu ładuje ostatnie pudło na ciężarówkę. W środku znajduje się kilkanaście podobnych pudeł, które przez ostatni tydzień pakowałam z pomocą Johanny i Peety. Bierzemy ze sobą tylko ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie wyjeżdżamy stąd na stałe.
Johanna przygląda mi się zaciekawiona.
- Źle wyglądasz.
- Dzięki. – mówię ironicznie.
- Coś się stało?
Wzdycham.
- To po prostu ten wyjazd. Stresuję się.
Johanna kiwa przez chwilę głową. Nasze spojrzenia się krzyżują, a jej oczy wypełniają się łzami. Nagle porywa mnie z miejsca i mocno przytula. Ze smutnym uśmiechem odwzajemniam jej uścisk.
Zastanawiam się czy jej powiedzieć. Tak długo trzymaliśmy to dla siebie, a wiem, że Johanna powiedziałaby mi o czymś takim. A może nie powinnam...
- Katniss... Poważnie, co jest? – pyta z naciskiem.
Biorę głęboki wdech. Tak głęboki, że powietrze nie mieści mi się w płucach.
- Wszystko dobrze... Zobaczymy się za dwa tygodnie.
- Racja. Twoje urodziny.
Odsuwa się ode mnie i pociąga nosem.
- Katniss? – Peeta woła mnie z głębi domu. Wchodzi do kuchni, gdzie stoję z Johanną i obdarza nas przepraszającym spojrzeniem. – Przykro mi, skarbie, ale musimy iść.
Kiwam głową zaciskając usta.
Odwracam się do Johanny i obdarzam ją niedźwiedzim uściskiem.
- Będę tęsknić. – szepczę.
- Ja też. Aa... I... Powodzenia.
Odsuwam się i uśmiecham.  Peeta podaje mi płaszcz. Przyjmuję go i nakładam na ramiona. Przytrzymuje mnie pod rękę o wychodzimy na dwór.
Zima dopiero zaczyna opuszczać dwunastkę. W tym roku była wyjątkowo ostra. Śnieg jeszcze gdzieniegdzie leży i topnieje, ale idzie mu to w ślimaczym tempie.
- Będę tęsknic za dwunastką – przyznaję, kiedy wsiadamy do podstawionego samochodu.
- Potraktuj to jak wakacje. Zanim się obejrzysz będziemy znowu w domu.
Uśmiecham się delikatnie. Spoglądam na Johanne, która stoi w miejscu na werandzie i macha do nas. Odmachuję jej.

niedziela, 8 listopada 2015

130. Namysł

Witajcie! Zapraszam na nowy rozdział.
Pojawiają się pytania kiedy nowe rozdziały. W każdą niedziele jeden.
-Tina
############################################


We śnie jestem na arenie ćwierćwiecza, a jest ze mną tylko Peeta, który wpada na pole siłowe, a nie ma z nami Finnicka, bay mógł go odratować. Nieporadnie staram si odtworzyć jego ruchy, ale większość z techniki, jakiej używał zatarła mi się w pamięci, więc oczywiście nic z tego nie wychodzi. Na koniec rzucam się na ziemię i drę się wniebogłosy. 

Koszmar był dokładnie tak krótki,  aby zmieścić się w godzinie mojego snu. Dokładnie tyle przespałam, ale o dziwo nie budzę się oszalała... Raczej odrętwiała ze strachu.
Peeta śpi obok mnie ciągle obejmując mnie ramieniem. Taki spokojny.
Na jego widok strach związany ze snem automatycznie znika i zostaje zastąpiony rozczuleniem.
Ostrożnie zdejmuję z siebie jego ramię i wyślizguję się spod kołdry. Ogarnia mnie przyjemne uczucie szczęścia związane z Peetą. Spoglądam w jego stronę. Zaledwie wczoraj bałam się, że to koniec. A dzisiaj... Przypominam sobie nagle moje wczorajsze słowa. „Dobrze. Zgadzam się”, a na moją twarz wypływa uśmiech. Peeta był tak nieskończenie uradowany, a ja chcę mu wynagrodzić wszystko co go przez mnie spotkało. Z drugiej jednak strony czuję się przerażona. Jak nie wiem co.
wraz z przerażeniem wracają do mnie myśli o Gale’u. Gdzie jest teraz? Czy jeszcze żyje?
Ta myśl jest tak mroczna, że potrząsam głową, aby ją od siebie odpędzić.
Chwytam jeansy i koszulkę z szafy i wchodzę do łazienki. Muszę to wszystko przemyśleć.

Zaparzam kubek herbaty, gdyż nie wiem kiedy Peeta się obudzi. Siadam przy stole w jadalni i kładę stopy na sąsiednie krzesło. Prawie nigdy tutaj nie przebywam. Być może dlatego, iż widziałam setki umierających osób na identycznym stole w jadalni mojego domu. Przychodzi mi do głowy pytanie – Co ja zrobię z tym domem? Teraz jest on już kompletnie pusty. Johanna i Leevie mieszkają razem z Silvią i rodzeństwem Leeviego w miasteczku, a chwilowo pomieszkuje tam Annie, ale niedługo pojedzie do domu. Co mam więc z nim zrobić? Zachować? Sprzedać? Ktoś zapewne nie miałby nic przeciwko mieszkaniu w Wiosce zwycięzców. Mimo wszystko te domy nadal są najbardziej luksusowymi w dwunastce.
Przypominam sobie o wczorajszym postanowieniu. Może jednak lepiej go zachować. Na przyszłość.
Wracają do mnie wspomnienia snów sprzed kilkunastu miesięcy. Przypominam sobie dwoje dzieci. Dziewczynkę o ciemnych włosach i niebieskich oczach oraz chłopca o jasnych włosach i niebieskich oczach. Lotous i Ren. Nie wiedzieć czemu imiona z moich dawnych snów o dwójce szczęśliwych dzieci wryły mi się w pamięć.  Możliwe, że dlatego, że na siłę chciałam je zapomnieć.
Mieszam łyżeczką w kubku patrzeć na brązowy płyn.  Patrzę na bliznę na mojej ręce po postrzale. Ręka bezustannie mi się trzęsie.
Dzieci... ja naprawdę to zrobiłam? Tak... Niewątpliwie tak. Mam jednak wątpliwości. Dam sobie radę?
Nie... Nie ma mowy, abym dała. To jakichś koszmar... jak ja mogłam to zrobić? Ja się przecież nie nadaję do tej roli! Chcę wydać dziecko na en pozbawiony ludzkich uczuć świat? Na ten świat, gdzie przez lata walczyłam o życie, a kilka lat temu sama doszłam do wniosku, że nic się ie zmieniło. Plutarch mówił sam, że pamięć ludzka nie trwa długo. Może za kilka lat, miesięcy bądź dni rozpęta się nowa wojna. Już za rok odbędą się nowe wybory. Kto wie, kogo wybierze Panem? Może nowy prezydent będzie taki, jak Snow lub Coin, albo ktoś jeszcze gorszy. Co, jeśli Plutarch miał racje, kiedy mówił, że jesteśmy głupimi istotami dążącymi do samozniszczenia? Po raz kolejny słowa Peety z wywiadu z cezarem nie wydaję mi się pozbawione sensu.
Czy nasi wrogowie na pewno są zlikwidowani na dobre?
- Hej. – słyszę głos i odwracam się.
- Obudziłeś się.
Uśmiecha się.
- Tak. Przez chwile miałem nawet wrażenie, że wczoraj mi się przyśniło, ale zdałem sobie sprawę, że nie jestem w salonie, więc raczej mało prawdopodobne. – mówi.
- Dlaczego w salonie?
-Nie chciałem iść spać. Nie tylko ty miewasz ciężkie noce.
No tak. Podchodzi do mnie powoli po czym pochyla się nade  mną i całuje moją skroń.  Wzdycham zamykając oczy.
- Wiesz, że możesz zmienić zdanie, prawda? – pyta nie odrywając ust od mojej głowy.
Dalej, Katniss. Możesz się jeszcze wycofać! Zrób to... Wycofaj się! Powiedz, że tamta decyzja była podjęta pod wpływam chwili!
- Nie zmienię.
- Jesteś pewna?
Nie! Nie, nie nie nie!
- Tak.
Dlaczego ja się ze sobą kłócę? Uciszam głupi głosik w mojej głowie. To. Dla. Peety. Jestem mu to winna.
- Tak. – powtarzam. – Jestem pewna.
- Dobrze. – mówi i uśmiecha się. – Muszę z tobą jeszcze o czymś porozmawiać.
Spoglądam na niego pytająco. Prostuje się i siada obok mnie.
- Pamiętasz ofertę od księcia Carl’a?
- O zostaniu doradcą w Anglii?
- Tak. Widzisz... Ja nigdy tak do końca mu nie odmówiłem i kilka dni temu zadzwonił i wznowił propozycję. Gdybym ją przyjął wiązałoby się to z przeprowadzką do Wielkiej Brytani.
Przygryzam dolną wargę.
- I... Przyjąłeś posadę?
- Poprosiłem, aby dał mi czas do namysłu. Pomyślałem, że jeśli będziesz chciała ode mnie odejść, to pojadę, a jeśli nie, to to z tobą omówię. I jak? Co o tym myślisz?
Odejść od niego? Wzdrygam się w myślach. Widzę po nim, że zależy mu na tym. Bardzo.
- Nie jestem pewna...
- Oczywiście nikt nie mówi, żebyśmy zostali tam na zawsze i nigdy nie przyjeżdżali do Panem. Chciałbym zmienić coś na tym świecie, a może dzięki temu kiedyś uda mi się zmienić coś w Panem. Może kiedyś zasiądę w rządzie Panem, a wtedy mógłbym zając się rzeczami, których jeszcze nie naprawiono.
Słyszę w jego głosie zaangażowanie. Właściwie, to dlaczego nie? Tak, jak powiedział – nie musimy wyjeżdżać na zawsze.
- Kiedy miałoby to nastąpić?
- Pod koniec kwietnia. Wiem, że maj to miesiąc, w którym dużo się dzieje, ale...
- Niech będzie. – przerywam mu. – Jest niewiele osób, którym bez wahania oddałabym władzę nad światem, a ty stoisz na ich czele. Bez wątpienia pomożesz rozwiązać wiele problemów w najlepszy możliwy sposób. Niech będzie.
Uśmiecha się półgębkiem.
- Dwie takie ważne decyzje w zaledwie kilka godzin?
- Wiem co robię. –odpowiadam.
Oby. – dodaję w myślach, ale tego Peeta nie musi słyszeć.
- Johanna?
- Hej. – szepcze.
Widząc ją mam wrażenie, że nie widziałyśmy się od wieków, chociaż tak naprawdę minęło tylko kilka dni. Ubrana jest w kanarkowożółty płaszcz, który w połączeniu z jej ostrymi rysami tworzy niezły kontrast. Chwytam ją za rękaw i wciągam do środka po czym obejmuję ją szczelnie ramionami. Johanna obejmuje mnie w odpowiedzi.
- Ech... Co ty wyprawiasz, ciemna maso?
Ach... Ciemna masa... Kiedyż to to przezwisko wypłynęło spoza ust Johanny Mason po raz pierwszy? W szpitalu w trzynastce, gdzie dwie pokaleczone dziewczyny starały się poprzez uśmierzanie bólu narkotykami wrócić na prostą. Pamiętam nieustanne treningi w deszczu i w błocie.
A jednak obie żyjemy.
- Ja... Nie wiem. – wyznaję nie mając na myśli tylko mojej wycieczki do trzynastki. – Ja na prawdę nie wiem.
I w tej chili właśnie, mam ochotę się rozpłakać. Ciężar ostatnich miesięcy przytłacza mnie i chciałabym móc z kimś omówić moje obawy, co wydaje mi się dziwne. Nigdy nie byłam osobą otwarcie mówiącą o swoich problemach i zastanawiam się czy powinnam to zmieniać. Dochodzę do wniosku, że w jakiejś części nie powinnam i trzymam się jej.
- Chcesz o tym pogadać?
- Nie... Wszystko gra.
Ona kręci głową.
- Wy kosogłosy potraficie okropnie grać na nerwach.
- I nie tylko

niedziela, 1 listopada 2015

129. Podłoga

Heej!
Wiem, że się spóźniłam. Miałam problem z komputerem i zastanawiam się na wymienieniem go na nowy. Kolega dopiero wczoraj naprawił mi połączenie z netem.
Ta notka jest komuś dedykowana. Oli S. Moja kochana najlepsiejsza przyjaciółko na świecie kocham cie i życzę ci w tym doskonałym dniu sto lat!
Zapraszam do czytania i nie zapomnijcie o komentarzu!
-Tina
##############################################
Powoli odzyskując świadomość czuje, że jetem przez kogoś obejmowana. Co więcej - ja sama obejmuję tę osobę dużo mocniej niż by przystało. Czuję znajomy zapach. Nie wiem, jak to możliwe, że trzyma on się jego ciała i ubrań tak nieodłącznie i nigdy nie znika.  I w tej tutaj chwili nie obchodzi mnie, co mówiła mi Annie. Chcę tylko, aby Peeta mnie obejmował i nie obchodzi mnie czy to, że w tej chili pragnąc jego uwagi jestem samolubna. Nie chcę, żeby odchodził. Chcę, żeby został tutaj, ze mną i już nigdy mnie nie opuszczał. Powoli zaczynam się rozluźniać. Moja głowa spoczywa na ramieniu Peety, a ręce na jego karku. Mój płacz, to jedyne, co wypełnia głuchą ciszę. Moje szlochy przypominają mnie samej o koszmarze.
Przed oczami staje mi widok prezydenta Snowa oblizującego krwiście czerwone od krwi wargi i mówiącego "a oto kara". Nawet Coin ze strzałą w gardle nie przeraziła mnie tak, jak on. Jego ślepia wcale nie były ludzkie. gdyby chciał mógłby łatwo zostać jadowitym wężem.
W objęciach Peety, czuję się, jak w domu. Jestem w domu. Peeta nakreśla pocałunkami ścieżkę od mojego ucha do obojczyka rozluźniając mnie tym jeszcze bardziej i widząc, że nie sprzeciwiam się, kontynuuje. To nasz pierwszy czuły moment od przeszło dwóch miesięcy, co wydaje się absurdalnie głupie. Zwłaszcza teraz, kiedy uświadamiam sobie, jak bardzo brakowało mi tej najbliższej mi osoby i jak bardzo tego potrzebuję.
Odsuwam się od niego  i spoglądam w jego oczy. Błękitne i błyszczące, ale zasnute mgłą i nieziemsko smutne.
Zastanawiam się, jak wyglądają moje. Mój płacz jeszcze do końca nie ustał, więc są pewnie wypełnione łzami i zaczerwienione.
W pokoju pali się światło i ze zdumieniem zauważam,  że siedzimy na podłodze. Rozglądam się zdezorientowana.
- Dlaczego ja jestem na podłodze.
Spoglądam z powrotem na niego. Kreci głową.
- Nie wiem. Kiedy tu przyszedłem wiłaś się na podłodze i krzyczałaś. - wyjaśnia i spogląda w bok. - Twoje koszmary wróciły?
Odpowiedź na to pytanie jest taka oczywista, że mam wrażenie, że nie muszę odpowiadać, ale cisza, która zapada daje mi do zrozumienia, że Peeta oczekuje odpowiedzi.
- Tak.
Przez okres średnio pięciu miesięcy przed tym całym bagnem - ja i Peeta zaznaliśmy błogiego spokoju po nocach. Przez ten okres żadne z nas nie miało koszmarów i przesypialiśmy całe noce w spokoju. Był to najbardziej spokojny okres naszego małżeństwa. Budzenie się wypoczęta było czymś wspaniałym i oboje mieliśmy dzięki temu dobry humor. Wszystko było prostsze.
To zaczęło się walić, kiedy zaczął się ten cały cyrk.
- Moje też. - przyznaje. - Ostatnio musiałem nawet prosić jednego faceta, żeby zagrał ze mną w prawda czy fałsz.
Zaciska usta i kręci głowa, jakby wstydził się swojej słabości i tego, że nie potrafi zwalczyć wspomnień. Spontanicznie chwytam go za rękę.
- Następnym razem możesz mnie prosić.
Spogląda na nasze złączone dłonie, a potem w moje oczy. Łzy przestają już cieknąć. Pociągam nosem.
Peeta wyrywa dłoń z uścisku. Zaskoczona ma przez ułamek sekundy do niego żal, ale potem on chwyta mnie w pasie i przyciąga do siebie na długi pocałunek. Nie mogąc się powstrzymać odwzajemniam pocałunek z zapałem, jaki rzadko mi się zdarza, a z moich oczu znowu zaczynają płynąć łzy. I bynajmniej nie czuję się samolubna. w tej chwili chcę jemu dać to, co wcześniej mu tyle razy odbierałam.
Mam wrażenie, że jestem mu to wszystko winna. Obiecywałam mu, że nie opuszczę go za żadne skarby, a wystarczyło coś takiego, żebym uciekła.
Jestem okropna.
Całuję go długo i namiętnie i mam wrażenie, że oboje się nad czymś zastanawiamy i, że mimo wszystko nie oddajemy się w pełni.
- Nie myśl już. - szepczę i wracam do poprzedniego zajęcia. Chyba mnie słucha.
Zdyszana odsuwam się od niego. Za lekko zaróżowione policzki, a w kącikach ust błąka się uśmiech, który rośnie z każdą sekundą.
- Co? - pytam.
- Nic - odpowiada i znowu mnie całuje. Ile ja bym dała, aby móc przeczytać jego myśli.
Peeta odrywa się od moich ust i wstaje po czym podaje mi rękę i pociąga mnie w górę. Bolą mnie plecy. Ciekawe, jak długo czasu spędziłam na podłodze.
- Chodźmy lepiej spać. - mówi do mnie. Kiwam głową i chcę się położyć, ale mnie przytrzymuje. pooglądam na niego pytająco. Chyba się zastanawia nad tym, co chce powiedzieć. - Mogę zostać?
- Ale głupie pytanie. Oczywiście, że tak. - szepczę patrząc mu  oczy.
Oddycha z ulgą.
Kładziemy się obok siebie. Ja na boku, a Peeta obejmujący mnie od tyłu z twarzą zanurzoną w moich włosach. Mam ochotę zostać tak na wieczność.
- Chciałaby zatrzymać ten moment. Tu i teraz, aby móc żyć w nim na zawsze. - cytuję go. Bardziej czuję niż słyszę jego uśmiech.
- Nic nie staje na przeszkodzie. Kocham cie, skarbie.
Na moją twarz wypływa głupawy uśmiech. Ściskam jego rękę.
- Ja ciebie też.
Czuję się, jakby ktoś zdjął mi ciężar z pleców. Błogie uczucie.
Zamykam oczy. Jednak jedna myśl nie pozwala mi zasnąć. jedna głupia myśl stawia mnie przed sądem i każe mi sobie wszystko wyjaśnić. Nie mogę się powstrzymać.
- Peeta... O czym myślałeś?
- Co? - pyta zaspany. Widocznie wyrwałam go z półsnu.
- No wiesz... Tam na podłodze. Wydawałeś mi się zamyślony. o czym myślałeś?
Wzdycha głośno. Znowu wyczuwam jego uśmiech, ale mniejszy. \
- To może zabrzmieć głupio, ale... Wyobraziłem sobie dziewczynkę.
- Dziewczynkę?
- Tak. Dziecko z szarymi oczami. Nasze dziecko.
dotyka mnie tym do żywego. Już już mam się wzdrygnąć, kiedy dociera do nie pewien fakt. Co mogłabym jeszcze dać Peecie, aby go uszczęśliwić? Jak zrekompensować mu wszystkie jego krzywdy?
To może byś to czego potrzebujemy. To, co pomoże nam zrosnąć się trwale.
Czy potrafię to zrobić? Czy nadaję się na... Matkę? Wyobrażam sobie małą dziewczynkę, ale nie z szarymi tylko błękitnymi oczami. Identycznymi, jak Peety.
Czuwają nad nami zaufani ludzie. nie boję się już o nasze bezpieczeństwo.
To właśnie ten świat. ten, który wyobrażałam sobie na arenie ćwierćwiecza. Miejsce bez głodowych igrzysk. Miejsce wolne od wojny. Miejsce, w którym dziecko Peety byłoby bezpieczne.
"Będzie z ciebie fantastyczna matka", powiedział wtedy. Czuję coś, że on mi w tym pomoże.
- Ty naprawdę tego pragniesz, prawda? - pytam.
- Tak. - odpowiada bez namysłu.
Przygryzam wargę i chwile milczę po czym szepczę.
- Dobrze. Zgadzam się.
- Co?
Podrywa się, jak poparzony. Na jego twarzy zauważam niedowierzanie. Uśmiecham się.
- Dobrze. Zgadzam się. - powtarzam.

niedziela, 18 października 2015

128. Nic jej nie jest


Hej i zapraszam na kolejny rodział!
- Tina

#####################################

Słowa Annie działają na mnie niczym zimny prysznic Są jednocześnie oświeceniem i skazaniem dla mojego ego.
Trzymając w stalowym uścisku kubek z herbatą patrzę, jak Annie ubiera buty.
 - Musicie sobie wiele wyjaśnić. - mówiła. - Lepiej, jeśli już sobie pójdę.
Trudno się z nią nie zgodzić.
Nerwy uciskają moje wnętrzności. Jak zniesiemy zbliżające się dni?
Martwię się. Może i bezsensownie, ale mam świadomość, że nie od razu będzie tak kolorowo. Od dwóch miesięcy znowu nękają mnie koszmary. Tydzień temu na przykład śnił mi się Chaff z 11 dystryktu, który z maczetą w jednej ręce i żywym wężem w drugiej gonił mnie przez sektor mgły na arenie ćwierćwiecza. Z jednej strony była mgła a z drugiej on. Rozwścieczony i pragnący mojej krwi. Coraz częściej moja siostra umiera nadeptując na minę i w zwolnionym tempie widzę, jak jej ciało rozrywa na tysiące rozchlapanych kawałeczków lub małą Rue z oszczepem w brzuchu bawiącą się czarną kulką, która wkrótce okazuje się bombą z zapalonym lądem. Na dodatek od dawna nie miałam nikogo kto by mnie uspokoił lub chociażby wybudził z tych nocnych koszmarów.
Drzwi zamykają się z cichym kliknięciem, a ja zastanawiam się co ze sobą zrobić. Idę na górę i wchodzę do łazienki. Muszę natychmiast zmyć z siebie ten cały brud.
Ciepła woda ochlapuje moje ciało, masuje kark, zmywa ze mnie pot i przykry zapach. Mogę przez chwilę zatracić się w błogim spokoju i nic nie myśleniu. Już po chwili jestem czysta. wychodzę z kabiny wycieram się do sucha ręcznikiem i przeglądam się w do połowy zaparowanym lustrze. Wyglądam na totalnie wykończoną. Taka też jestem. Wykończona do granic możliwości. Biorę w rękę szlafrok i zasłaniam nim posiniaczone ciało.
Wychodząc z łazienki zauważam go niemal od razu. Siedzi w jednym z foteli i ponosi się kiedy tylko się pojawiam. Jego oczy błyszczą, policzki ma zarumienione, a włosy na prawdę zbyt długie i zmierzwione. Zamykam za sobą drzwi.
- Hej. - szepczę.
- Hej. - odszeptuje.
Zapada krępująca cisza podczas której tylko wpatrujemy się w siebie. Peeta przelatuje wzrokiem po całym moim ciele wywołując przyjemny dreszcz.
- Jak się czujesz? - pyta.
- Bywało lepiej. - przyznaję.
Uśmiecha się delikatnie.
- Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa.
Milczę. Zwyczajnie nie mam pojęcia co na to odpowiedzieć. Jestem tylko cicho mając nadzieje, że po mnie nie widać jakie wrażenie zrobiły na mnie jego słowa. Chyba mi się udaję, bo mina Peety nagle pochmurnieje. Widząc jego usta wykrzywione w pełnym bólu grymasie mam ochotę się na niego rzucić i już, już mam to zrobić, kiedy on się odzywa.
- Będę w pokoju na przeciwko, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. - mówi i nie patrząc na mnie wychodzi.
Poszło szybciej niż myślała, ale cel nie był zamierzony. Jestem na siebie nieziemsko wściekła,
Zrezygnowana ubieram na siebie pierwsze z brzegu spodenki i t-shirt po czym wślizguję się pod kołdrę. Zmuszam powieki by nie opadały i czekam.
Pięć minut...
dziesięć...
Godzina...
Dwie.
W końcu dociera do mnie, że nie przyjdzie.
Może chciał dać mi odrobinę więcej czasu na przemyślenie wszystkiego a może po prostu zraziłam go do siebie, ale jedno jest pewne. Tej nocy nie przesypię w ciepłych ramionach mojego męża.

Idę przez nieznajomą polanę. Pod stopami czuje miękką trawę, a na skórze ciepły letni wiatr. Wszystkie drzewa i krzewy dookoła są wysokie, a liście błyszczą. Zapach kwiatów i dźwięki piosenek kosogłosów otulają mnie.
Nagle zza drzewa spoglądaj na mnie duże, brązowe oczy. Powoli idę w jej kierunku z uśmiechem na twarzy. Kiedy jestem już prawie przy drzewie Rue chowa się. Z uśmiechem okrążam drzewo i ze zdumieniem dostrzegam, ż jej tam nie ma. Spoglądam w górę myśląc, że może wspięła się po wystających konarach, ale nigdzie jej nie ma.
- Katniss?
Odwracam się słysząc jego głos. Siedzi na klęczkach na błyszczącej się trawie i trzyma w objęciach umierającą dziewczynkę. Rue... Słyszę, jak ona skomle błagając o piosenkę. Podchodzę bliżej klęczącego Peety. Łzy widnieją na moich policzkach. Klękam obok i chwytam Rue za rękę. Na chwilę unoszę głowę i spoglądam w niebieskie oczy Peety przepełnione udręką.
Spoglądam znowu na Rue, aby uciec od jego spojrzenia i doznaję szoku. Puszczam jej rękę i wstaję porażona. Trzymającą przez Peetę dziewczynką jest moja siostra.
Ponownie upadam na kolana. Jest porozrywana na strzępy, a jej części zostały do siebie dopasowane. Gdyby tylko nie było tych ran i nacięć... Ale są i moja siostra jest w setce kawałków. Odcieta głowa otwiera usta i krzyczy  piskliwie.
Zakrywam oczy i uszy zalewając się łzami. Czuję torsje wstrząsające moim ciałem, kiedy pochylam się nad trawą.
Dotykam jej dłonią, ale pod nią czuję tylko wygładzony kamień. Spoglądam w górę i jestem w Kapitolu. Nie ma ze mną nikogo. chwytam broń przewieszoną przez ramię i wstaję,.Nie wiedziec dlaczego czuje, że muszę biec. Muszę stąd uceic. Tak... daleko.
 Biegnę potykając się na oślep. Skręcam w prawo potem w lewo i znowu w lewo. Docieram do placu.
Rozglądam się dookoła szukając ludzi, ale nikogo tutaj nie ma. Miasto wydaje się opuszczone.
- Panno Everdeen. - syczy głos.
Stoi... Tam, gdzie pozbawiono go życia ze stróżką krwi ściekającą po jego podbródku.
- Kosogłosie.
Patrzę w górę na balkon i zauważam Coin ze strzałą w gardle. przerzuca nogi przez barierkę i zeskakuje z pięciu metrów. W jej dłoni widnieje sakwa.
- Obiecałaś, że nie będziesz nas okłamywać. - szepczą wspólnie. - A oto kara.
Razem wsuwają dłonie do sakwy i wyciągają z niej za włosy głowę. Prim.

Nie wiem ile czasu już wrzeszczę. Może minutę. Może godzinę. Potrafię zacząć oceniać upływ czasu dopiero, kiedy wokół moich ramiona zaciska się pętla, a ja przyciskam się do umięśnionego ciała. Moje wrzaski stają się tylko płaczem.
- Jestem przy tobie. Prim nic nie jest. Nic jej nie jest...

niedziela, 11 października 2015

127. Egoista

Hello everyone!
Zapraszam do czytania i komentowaia! Zmieniam dzięń publikaxcji wpisów na niedziel. Po prostu wydają mi się wygodniejsze.
-Tina
############################################################

Zdążyłam już zapomnieć jakimi uczuciami darzę te latające machiny. Opuszczając pokład poduszkowca czuję się, jakby po latach więzienia wypuszczono mnie na zewnątrz. Jakbym spędziła tygodnie w trzynastce.
na pokładzie mimowolnie uroniłam kilka łez, ale tylko kilka. Nie wolno mi tracić nadziei, że Gale wróci bezpiecznie.

Wędruję niespiesznie przez dwunastkę zahaczając po drodze o dom pewnej kobiety, z którą rozmawiałam dwa tygodnie temu i odbieram, co u niej zamówiłam.
Nie wiedzieć czemu trafiam na plac zabaw. Siadam na ławce i opieram się plecami o oparcie.
Pamiętam, jak przychodziłam tutaj z Posy. Może za jakichś czas, kiedy mała Silvia nauczy się chodzić i ją tutaj zabiorę.
Plac zabaw jest pusty. Jedynie przysypany świeżo opadniętymi liśćmi. Chłód zbliżającej się zimy wygnał wszystkich do domów i zaciągnął żaluzję. smutno mi się robi, kiedy tak patrzę na huśtaną przez wiatr huśtawkę. To tak, jakby wiatr nie miał się z kim bawić. Jakby był tak samo samotny, co ja.
Pochylam się i zanurzam palce w suchych liściach. Unoszę do twarzy kupkę kolorowych, szorstkich liści i przyglądam im się uważnie. Przypominam sobie, Jak Prim bawiła się w usypanych przez jesień stosach rzucając we mnie liśćmi, które i tak nigdy do mnie nie dolatywały. Ja jednak nigdy się z nią w ten sposób nie bawiłam. Popadam już w melancholię. Taka jednak jest prawda. Nie wykorzystałam danych mi chwil z Prim i teraz tego żałuję. Czy bawiła by się teraz tutaj? Nie... Prim miała by dzisiaj siedemnaście lat.
Zastanawiam się kto postanowił, że moja siostra musiała umrzeć. Mogła to być Coin, Snow lub tysiące innych ludzi, ale czy z góry miało być tak, że Prim umrze? Czy ktoś to zaplanował? Jakichś wyższa siła?
Nie... Teraz, to już przesadzam.
Nagle na moich rekach ląduje mały płatek... śniegu. Okrągła śnieżynka uformowana w idealną kulkę dotyka skraju mojej dłoni i zanim zdążę jej się dokładnie przyjrzeć, roztapia się, Potem jednak dostrzegam druga i następną, a także kolejną. Listopadowy pierwszy śnieg. Może, to znak, żebym w końcu się ruszyła z tego głupiego placu zabaw i przestała bezsensownie się nad sobą użalać.
Wypuszczam liście, które spiralami opadają na ziemię.
Śnieg nie zostaje na długo. Obserwuję go całą drogę do wioski zwycięzców, ale każdy płatek roztapia się szybko i nie pozostawia po sobie nic, poza mokrą plamką. Kroczę więc depcząc po rozmokłej ziemi do wioski i mam wrażenie, że nie było mnie tutaj od wieków.
W domu panuje porządek. Policzki mnie pieką już od progu od zmiany temperatur. W całym domu czuć zapach palonego drewna, a już od progu czuć przyjemne ciepło.
Wychodzę do salonu, który zastaję pusty. Zastanawiam się czy Peeta gdzieś wyszedł. Nie ukrywam, że trochę boli mnie ta myśl, chociaż, to przecież ja uciekłam na trzy dni. Gdybym się jednak nie pospieszała nie byłoby mnie tydzień i nie zdążyłabym przed wyjazdem Gale'a.
Kuchnia - pusto.
Sypialnia - pusto.
Łazienka - pusto.
Pracownia - ani żywej duszy.
Zastanawiam się już powoli co się dzieje. Czyżby wyszedł? Nie... Jest zdecydowanie za późno na spacery.
Jest mi przykro. Spodziewałam się, że mnie tu powita z otwartymi ramionami i... Wdycham zażenowana swoją próżnością. Nie powinnam na to liczyć.
I właśnie teraz, kiedy tutaj stoję samotnie i mam wrażenie, że zaraz się rozpłaczę dociera do mnie, jak bardzo narozrabiałam.
Zapewne moją największą wadą od zawsze było nie zastanawianie się nad tym co mogą poczuć inni i mało we mnie współczucia, ale są osoby, które kocham. Dlaczego więc to ich zawsze ranię? Z całego świata najwięcej złego zawdzięcza mi mama, Peeta, Gale i moja siostra. Moje grzechy wobec nich jednak nie mogą się równać z tymi nieświadomymi morderstwami, które zasiewały całe Panem nie całe trzy lata temu.
Słyszę zgrzyt i frontowe drzwi się otwierają.
Odwracam się w ich stronę mając nadzieję, że to Peeta, ale niemal od razu zamieram.
- Annie? Annie!
- Katniss?! - jest tak zaskoczona, że nawet mnie zaskakuje. Czyżby się mnie nie spodziewano? Powiedziano mi, że Peeta wie kiedy wrócę.
Mam lekkie poczucie winy. zaprosiłam ich własnoręcznie, a potem...
Annie odpycha się z siłą torpedy od ziemi i wgniata siebie we mnie z całą siłą rozpędu. Czy ona plącze?
- Już dobrze, Annie. - nie wiedzieć czemu mam ochotę zachichotać.
- Tak bardzo się o ciebie martwiliśmy.
Otwieram oczy i zauważam jeszcze jedną postać w drzwiach. Na jego widok w moich oczach stają łzy. Patrzy na mnie studiując uważnie moją twarz. Jest minimalnie o trzydzieści centymetrów większy niż kiedy widziałam go po raz ostatni.
- Oh... Annie. - szepczę.
Kobieta odsuwa się ode mnie i spogląda za siebie. Jej zalaną łzami twarz przysłania szeroki uśmiech. Wyciąga rękę do dziecka.
- Choć, Will. Przywitamy się z Katniss.
William niepewnie stawia stopy idąc w stronę wyciągniętej ręki nie odrywając wzroku ode mnie.
- Katiss? - szepcze prawie pytająco.
Śmieję się słysząc to przekręcenie. Ocieram łzę, która nie wiadomo skąd pojawia się w kąciku oka.
- Tak. - zapewniam go.
-Boże... Muszę zadzwonić do Peety. Poszedł cię szukać, bo tak długo nie wracałaś.
A więc tu się podział. Moje serce nagle zalewa ciepło. Nie mogę się doczekać, aby go zobaczyć.
Twarzyczkę Williama przysłania blask jego pięknego uśmiechu. Teraz dopiero widać, jak podobny jest do swojego ojca. I te oczy... Niczym morski kolor oceanu.
Rozkładam ramiona, a mały ze śmiechem biegnie w moją stronę. W rok stał się z niemowlęcia w małe dziecko. Nie mogę uwierzyć, że czas tak niesamowicie szybko leci.
- Mam ją na oku. Tylko nie wpadnij po drodze w żadną zaspę. - słyszę głos Annie. ewidentnie rozmawia z Peetą i zapewnia ma na myśli mnie.
Will odsuwa się ode mnie, a ja sięgam do mojej torby i wyciągam mały pakunek. Wręczam go Williamowi.
- Wszystkiego najlepszego.

Zamawiając u stolarza model poduszkowca D23E7 prosiłam o model, które mogłoby zbudować dwuletnie dziecko. Widocznie źle oceniłam zdolności malucha, ponieważ nie cały kwadrans później model jest już gotowy, a on nie potrzebował ani odrobiny pomocy. Myślę, że w przyszłym roku bardziej się postaram.
Annie przyniosła mi koc, posadziła przed kominkiem i zaparzyła herbatę, a teraz domagała się wyjaśnień.
- O co chodzi z tym spacerem?
Wzruszam ramionami.
- Sama nie wiem. To trochę dziwne, ale po prostu w pewnym momencie nie chciałam wracać do dwunastki. Będąc kompletną idiotką poszłam do trzynastki. - wyjaśniam, jakby to nie było nic nowego lub niezwykłego.
Annie patrzy na mnie, jakbym postradała wszystkie rozumy.
- Ale dlaczego? Dlaczego do trzynastki? I dlaczego pieszo? Pociągiem byłabyś tam w góra trzy godziny.
Pociąg! W tej chwili mam ochotę walnąć siebie samą w twarz. Taka głupia!
Annie widząc moją minę opiera się o zagłówek krzesła, na którym siedzi i wzdycha.
- Dlaczego ty mu to wiecznie robisz, Katniss?
- O co ci chodzi?
- O to! - mówi rozkładając ramiona. - Mam wrażenie, że wiecznie specjalnie dajesz mu powody do tego, żeby się martwił. Bawisz się jego uczuciami.
- O czym ty mówisz?! - oburzam się.
- Widzę to, Katniss. Manipulujesz jego uczuciami. Chciał zrobić coś, czego ty nie pochwalałaś, a więc nawrzeszczałaś na niego i uciekłaś dając mu czas na uświadomienie sobie jak to jest, kiedy nie wiesz co się dzieje z drugą osoba. Może i plan był sam w sobie dobry, ale niesamowicie okrutny. - wstaje i zbliża się do mnie. Kładzie ręce na podłokietnikach mojego fotela. - Wzbudziłaś w nim poczucie winy wypominając mu to, co by się z tobą stało, bo wiesz, że ty jesteś dla niego najważniejsza, ale wiesz co jest najgorsze? To, że jedyne, co przyszło ci do głowy na temat jego wyjazdu miało związek z tobą. Jak TY byś się czuła. Co TY byś zrobiła. Ja się więc spytam: Czy mylisz, że z nim bylo by lepiej? Czy umierając nie miał by żrącego poczucia winy? Czy nie tęsknił by za tobą? On to zrobił, żeby cię chronić. Nie możesz się o to na niego gniewać, więc skończ być taką egoistką i napraw swoje błędy!
Jej wybuch, to dla mnie istny szok. Siedzę z rozdziawionymi oczami wpatrując się w jej rozjuszoną twarz.
- A więc zdradził ci co do słowa naszą rozmowę?
- Jezu, dziewczyno! On cię szukał! Godzinami analizowaliśmy twoje słowa starając się ciebie wytropić. Peeta parę razy był skłonny uwierzyć, że nie żyjesz.
- Więc może powinien! - wybucham.
Annie spogląda na mnie z rozczarowaniem w oczach. Moje słowa docierają do mnie w zwolnionym tempie i zaczynam rozumieć co Annie ma na myśli. Cholera... Ona ma rację...
- Sama widzisz. - szepcze i ku mojemu zdziwieniu obejmuje mnie. Przytulam się do nie, kiedy zaczynam płakac.

niedziela, 4 października 2015

126. Żołnierzu Everdeen

Hej wszystkim!
Nowy rozdział zapowiadam na przyszły weekend.
- Tina
##################################################

Kiedy schodzi z areny nawet z tej odległości mogę zobaczyć pot ściekający po jego czole. Wygląda na podekscytowanego.
W pewnym sensie chciałabym się przyłączyć. Szkolenie, które przechodziłam podczas wojny było mordercze, ale w pewnym stopniu dobrze się bawiłam na treningach. Stojąca obok mnie na podwyższeniu z widokiem na cały plac treningowy York wyjaśnia mi jakie zmiany zaszły w wojsku.
Symulowane walki uliczne w kwartale zostały ograniczone. Tylko nieliczni, ci, którzy chcą wiązać swoje życie z obroną Panem szkolą się w ten sposób. Doszły sztuki walki wręcz. Gale schodzi właśnie z areny po jednej z takich walk. Wyglądała ona dosyć niebezpiecznie, ale York zapewniła mnie, że mężczyzna, który walczy z Galem nie ma prawa go poważnie uszkodzić a Gale jest dopiero początkujący i nie zrobi instruktorowi krzywdy.
Odnajduję to wszystko jako dosyć ciekawe. Widzę, jak grupa, która zebrała się z powodu Snowa czyli drużyna numer 623 zbliża się do wyjścia. Pytam więc o to York.
- Już skończyli?
- Tak. Przebiorą się i przyjdą na kolację. Żołnierzu Everdeen, powinnyśmy i my coś zjeść. Chcesz jeszcze dzisiaj wrócić do swojego dystryktu, więc musisz nabrać sił.
Kiwam głową i podążam za nią do środka. Chcę zanurzyć dłoń w mojej torbie myśliwskiej i wydobyć z niej mój nóż, ale przypominam sobie, że mój nóż i łuk oraz kołczan ze strzałami zostały mi odebrane na przechowanie. Mieszkańcy trzynastki mogliby spanikować na widok mnie spacerującej z bronią. Widocznie ciągle budzę strach, ale nie wiedziałam, że...
Dopada mnie zwierzęcy głód. Widząc więc porcję, która została mi przydzielona mam ochotę westchnąć. Znowu mnie zważono, mierzono i obliczono idealną ilość kalorii, którą powinnam spożyć, ale jest ona mimo wszystko większa niż te sprzed wojny. Albo może to mnie się poszczęściło.
Siedzę przy stole przy którym siedziałam razem z mamą, Galem... I Prim. Odganiam od siebie wizję jej siedzącej obok mnie i wylizującej resztki pure z rzepy z miseczki.
- Katniss?!
Jego zaszokowany głos dociera do moich uszu z lekkim opóźnieniem. Unoszę głowę i uśmiecham się blado.
Ma na sobie szare ubranie trzynastki, a w dłoniach trzyma tacę z jedzeniem. Wygląda dokładnie tak samo, jak trzy lata temu, ale wydaje się wyższy i mężniejszy. Zarost już nie pokrywa jego twarzy, a włosy ma ostrzyżone na jeża. Jego głowę pokrywa jedynie ciemny meszek. To koniecznie.
Kładzie tacę na przeciwko mnie i podchodzi bliżej.
- Co ty tu do cholery robisz?
Pochmurnieję.
Szczerze mówiąc, to nie do końca takiego przywitania się spodziewałam. gale wygląda na pożądanie wkurzonego. Pokazuję na miejsce na przeciwko mnie. Siada bez słowa.
- Miałam ochotę cię zobaczyć, więc przyszłam.
Gale wygląda dokładnie tak, jakbym właśnie powiedziała mu, że mam ogon.
- Zaraz, zaraz. Przyszłaś tu pieszo?! Dlaczego?
To tak, jakby mnie pytał dlaczego mam pięć palców u rąk.
- Nie znam odpowiedzi na twoje pytanie. - wyjaśniam. - Może po prostu potrzebowałam z kimś porozmawiać, a jedyną odpowiednią do tego osobą wydałeś my się ty.
- Peeta wie gdzie jesteś?
- Zapewne nie. - przyznaję.
Gale opiera głowę na dłoniach. Chwilę myśli.
- Czy ty zdajesz sobie sprawę, jak bardzo on musi się o ciebie w tej chwili martwić? - pyta z przyganą.
Od kiedy to stał się takim zwolennikiem Peety? Beszta mnie, ponieważ nie mówię Peecie o każdym swoim planie?
- Będę miała na szczęście całe życie na to, aby mu to wynagrodzić, a ciebie mogę już nigdy nie zobaczyć.
Zamykam mu tym usta. Wzdycha i nabiera trochę kruszonych orzechów na łyżkę.
- Nigdy nie przestaniesz mnie zaskakiwać, Kotna.
Uśmiecham się do niego. Oboje powracamy do jedzenia.
Po kolacji mamy dokładnie godzinę wolnego. Potem wszyscy mieszkańcy trzynastki muszą powrócić do swoich komór, a mnie wyślą poduszkowcem do dwunastki. Podoba mi się ten scenariusz, aczkolwiek zamiast godziny mogłoby byś dwie lub trzy. Nie mogę jednak nic na to poradzić. Odnajduje nas York.
Otrzymujemy opaski na kostki i nasze łuki po czym korzystamy z naszych przywilejów. Polowanie.
Być może ostatnie polowanie razem, Tylko ja... I mój partner osłaniający tyły.
Gale jeszcze raz porusza kwestię Peety. Nie ukrywa, że jest na mnie nieco wkurzony, ale to ignoruję. Peeta pewnie powiedziałby coś, co sprawiłoby, że zrezygnowałabym z wyprawy.
A co, jeśli się mylisz?
Podstępny głosik w mojej głowie stara się mnie zdenerwować.
Peecie nic nie jest - powtarzam sobie. Da sobie bezecnie radę jeszcze dwie godziny.

- Jak myślisz, czy to miejsce kiedyś się zmieni? - pytam.
- Sądzę, że mieszkańcy zbyt bardzo się przyzwyczaili do panującego tu rygoru. To w pewnym sensie część ich życia.
Zauważam w oddali światła. Rozgwieżdżone niebo nad nami przypomina mi tamto, które widuję z dwunastki. Niebo niby takie same, ale patrząc na tę tutaj czuję się bardziej osaczona.
- Katniss... słuchaj... Chciałem cię przeprosić za ten... pocałunek.
Jego słowa docierają do mnie z opóźnieniem.
- Ne szkodzi.
Zapewniam.
- Właśnie, że tak. Nie powinienem.
- Zgadza się. Nie powinieneś, ale nie zadręczaj się tym.
Nie chcę, żeby widział, że po części i mnie się to podobało. Martwię się tylko tym, że ten pocałunek może kiedyś dojść do Peety.
- Będę tęsknić za dwunastką.
Głos Gale'a przerywa ciszę.
- Za lasami najbardziej. Wtedy, kiedy nas porwali pochwycili mnie właśnie w lesie, ale sporo czasu im to zajęło.
- Co cię zdradziło?
- Nieuwaga.
Wzdycha..
- Zaraz po wojnie przez ponad rok nie mogłam nawet zbliżyć się do lasu. - wyznaję.
Gale unosi brwi.
- Peeta cię tam nie puszczał?
- Nie! Po prostu za dużo wspomnień. Wiesz co wtedy się z tobą działo.
Gale nie komentuje.
Zbliża się pora powrotu. Zbieramy nasze rzeczy i ruszamy. Oboje jesteśmy przytłoczeni. Cóż tu powiedzieć? Mam niemiłe przeczucie, że naprawdę już się nie zobaczmy.

niedziela, 20 września 2015

125. Wyprawy kres

Witam! Zapraszam do czytania i komentowania. Wiem... Wiem... Ponad cztery tygodnie...
Nie mam w domu internetu i jest to po prostu katastrofa. Już wracam do blogowania.
Nowy rozdział, jak zawsze w środę.
-Tina
#######################################################

Królicze mięso skwierczy przyjemnie piekąc się nad ogniem. Ślina napływa mi do ust.
Szacuję, że do trzynastki zostało mi zaledwie dziesięć do dwudziestu kilometrów, ale jestem tak obolałą, że zapewne nie dam rady już dzisiaj się tam dowlec.
Przez ostatnie dwa i pół dnia maszerowałam wytrwale przez las i dzisiaj, kiedy słońce zaczęło opadać zdecydowałam się na pierwszy od świtu postój.
Ściągam mięso z ognia i zmuszam się, aby poczekać aż ostygnie zanim zacznę go jeść. Plastikowa butelka i torba myśliwska, nóż oraz łuk okazały się jedynymi potrzebnymi mi przedmiotami. Sucha na wiór trawa łatwo się rozpala, a o zwierzynę tu nie trudno.
Zmęczenie i ból w kościach są coraz bardziej uciążliwe, ale fakt iż już niedługo dotrę na miejsce daje mi poczucie triumfu, które zdaje się łagodzić skurcze i zakwasy.
Zatapiam zęby w fantastycznie tłustym mięsie i wzdycham z zadowolenia. Głód doskwierał mi od rana, ale uparcie nie chciałam się zatrzymywać. Teraz, kiedy wreszcie mogę napełnić brzuch zachowuję ostrożność. Nie mogę przesadzać z jedzeniem. Przypominam sobie jak dużą porcję jedzenia zazwyczaj jest idealną dla mnie podczas posiłków i staram się trzymać takiej samej ilości. Mój żołądek protestuje i domaga się większej ilości, ale wiem, że to mi wystarczy. Chowam resztę upieczonego mięsa, ale decyduję się na małe jabłko, które odwróci uwagę moich wnętrzności.
Hmm... Zmrok jeszcze nie zapadł. Mogłabym przy odrobinie wysiłku pokonać resztę w około trzy godziny.
Wstaję. Nie mogę się teraz poddać.

***PEETA***

- Peeta, to nie ma sensu. - mówi do mnie.
Chwyta mnie za ramiona i potrząsa mocno. Mroczki przed oczami opadają, ale nadal mam przed oczami widok jej martwego ciała rozszarpywanego przez niedźwiedzia.
- A co jeśli ona po prostu nie żyje? - pytam łamiącym się głosem ze wzrokiem wbitym w przestrzeń.
- Przestań! - krzyczy i uderza mnie.
Słyszę płacz w jej głosie. Odzyskuję przytomność i spoglądam na nią. Nie wiedziała w jakiej sytuacji aktualnie się znajdujemy. Skąd miała wiedzieć? Kto miał ją powiadomić? Wszystkie takie rzeczy wyleciały nam z głowy.
Annie płacze. Spoglądam na nią i odrywam jej ręce od swoich ramion po czym kładę je sobie na biodrach i przytulam ją mocno do piersi. Jestem bliski łez. Annie bez pohamowania wylewa łzy na moją koszulkę, a ja ledwo to zauważam, bo oczy mojej wyobraźni wolą podrzucać mi okrutne przebłyski snów, w których jest sama w lesie w tę noc, kiedy ODeszła i starała się bronić przed napastnikiem, który napadł na nią od tyłu.
Potrząsam głową.
- Przeszukiwaliśmy las przez ostatnią dobę. Sprawdziłem każdy cholerny kamień w obrębie dwudziestu kilometrów i nigdzie nie widać nawet jej śladu. Policja przejęła inicjatywę dwie godziny temu i ciągle jej szuka, ale nic nigdzie... - w gardle staje mi gula i nie mogę jej przełknąć.
- Boże... - płacze Annie. - Boże... jej mogło się coś stać. Coś okropnego.
Nie wytrzymuję z mojego gardła wydobywa się głośny jęk.
Anni odsuwa się na długość ramienia i spogląda mi w oczy. Jej wykrzywiona twarz wydaje się być u szczytu wytrzymałości.
Gdzie ona może być?
Gdzie poza dwunastką mogła się zapuścić tak, aby do tej pory nie wrócić?
Gdzieś z tyłu głowy słyszę głosik szepczący dwa imiona. Bonnie i Twill... Bonnie i Twill.W jednej chwili rozchylam usta ze zdziwienia.
Trzynastka.
Ale po co miałaby się tam zapuszczać? Dlaczego miałby tam...
GALE!
W ciągu sekundy wyciągam z kieszeni telefon i wystukuję numer.
- Asher? Skontaktuj się z trzynastką. Spytaj c\zy tam jest. - prawie krzyczę.
- Peeta? Em... Okej... Coś jeszcze? - pyta zdziwiony moją stanowczością.
- Jeśli jej tam nie ma przeszukajcie trasę pomiędzy trzynastką a dwunastką. Mam powody by myśleć, że gdzieś tam będzie.

***KATNISS***

Moje uda i łydki palą nieznośnie od nieustannego marszu. Postępuję nierozsądnie tak mocno się forsując, ale przerażenie, że mogę się wyminąć z moim przyjacielem popycha mnie na przód. Zmuszam swoje stopy do posuwania się na przód.
Nagle moje mięśnie zaciskają się kurczowo, kiedy moich uszu dobiega głośny pomruk. Ciałem i duszą zamieram i zaciskam palce na łuku.
Żadnych gwałtownych ruchów, przypominam sobie. Ciężko jest mi się zmusić do pozornie spokojnego odwrócenia głowy o dziewięćdziesiąt stopni.
Siedzi wpatrując się we mnie małymi oczami. Nie zatrzymuję na nim wzroku, wiedząc, że mogę go w ten sposób sprowokować.
Niedźwiedź. Szlak.
Powoli, bardzo powoli unoszę rękę i wyciągam z kołczanu dwie strzały. Zmuszając swoje mięśnie do współpracy umieszczam obie je na cięciwie i napinam ją. Odwracam się, cały czas zachowując ostrożność. Staram się dopatrzeć jakichś słabych punktów zwierzęcia. Jest do mnie odwrócone przodem. Niewiele się nad tym zastanawiając puszczam cięciwę i posyłam obie strzały w głowę zwierzęcia po czym nie patrząc czy trafiłam puszczam się biegiem.

Słyszę krzyki ćwiczących wieczorem rekrutów, a niedaleko błyszczą światła latarni.
Staję na palcie betonu na miejscu którego po raz ostatni widziałam wielką dziurę. To tu kręciłam propagitę z różami, a tam dalej Finnick opowiadał o Snowie, aby odciągnąć uwagę Kapitolu od żołnierzy, którzy ratowali Peetę, Johannę i Annie.
Docieram do strażników, który na mój widok chwytają za spluwy, ale nie wyciągają ich z pokrowców.
- Kim jesteś? - pyta jeden z nich.
Prostuję się z trudem i biorę głęboki wdech.
- Żołnierz Katniss Everdeen z drużyny 451 strzelców wyborowych.
Nie muszę długo czekać na reakcję. Widzę, jak przygląda mi się uważnie i widzę w jego oczach rozpoznanie. Drugi także chyba mnie rozpoznaje. Chcę już się odezwać, kiedy zza moich pleców dochodzi znajomy głos.
- Żołnierzu Everdeen?
Odwracam się i widzę York. Trenerkę, która przygotowywała mnie i Johannę do egzaminu, którego Johanna niestety nie zdała. Ciekawe czy ciągle lęka się wody.
York zbliża się do mnie. Obrzuca mnie badawczym spojrzeniem i chwyta mnie pod ramie. Daje rozkaz żołnierzom, aby otworzyli wrota.
Moje wcześniejsze zaskoczenie, że tak łatwo poszło mi dostanie się na teren trzynastki pryska. Szczęk tysiąca zamków i głośny alarm towarzyszy otwieraniu wrót grubych na pół metra i szerokich na dwa.
Nie powinnam być zdziwiona, że nic się nie zmieniło. Te same szare ściany i zimne pomieszczenia. York ciągnie mnie za sobą aż docieramy do komór mieszkalnych. Prowadzi mnie do komory Y i wprowadza do środka.
Ta komora nie różni się absolutnie niczym od komory, którą dzieliłam z Johanną poza tym, że stoi tu tylko jedno łóżko.
- Usiądź, żołnierzu. - komenderuje.
Zapomniałam już tej gadki mieszkańców trzynastki, gdzie co druga osoba jest komandorem lub żołnierzem.
- Chciałabym podać twoją obecność do dowództwa, ale coś mi mówi, że jesteś tu tylko przejazdem. Czego tu szukasz? - pyta. Obie siadamy.
- Przyszłam zobaczyć się z przyjacielem. - przyznaję.
- Przyszłaś? To znaczy pieszo? Z dwunastki? - pyta zaszokowana.
Potwierdzam.
- Kiedy masz zamiar wrócić do dwunastki?
- Zależy od tego czy...
- Howthorne jest tutaj. - zapewnia. Wyruszają z samego rana, ale ich trening jeszcze się nie skończył. Zaprowadzę cię do niego, ale najpierw podamy twoją obecność do dowództwa. Inaczej nie masz co liczyć na posiłek, żołnierzu.
- Tak jest.