niedziela, 15 listopada 2015

131. Powrót kochanków

Witajcie, kochani i Happy Hunger Games Week! Tak! W przyszłym tygodniu większość z nas obejrzy kosogłosa i skłamałabym mówiąc, iż nie umieram. Wybieram się we wtorek (Szwecja) i odliczam godziny.
Dziękuję wam za bycie częścią fandomu i mojego fanfica.
A tymczasem - miłego czytania i nie zapomnijcie zostawić na dole komentarz.
- Tina
########################################

Mija zima. Mroźna i długa. Dopiero z początkiem kwietnia śnieg zaczyna topnieć, a moje i Peety obawy wzrastać.
Raz w miesiącu wybierałam się na badanie, które miało wykazać, że jestem w ciąży i za każdym razem nic nie zostaje wykryte. Grudzień – nic. Styczeń – nic. Luty – nic. Marzec – nic. Zaczęłam już powoli tracić nadzieję. Inne badania wykazały, że nie mam powodów, aby mieć trudności z zajściem w ciążę.  Z żadnym z nas nic nie jest nie w porządku. Widząc, jak i Peeta powoli traci nadzieję, kraja mi się serce. Za każdym razem, kiedy otrzymujemy kolejne wyniki testów smutnieje jeszcze bardziej. Nie ukrywam... Mnie też to dotyka. Nikomu nie powiedzieliśmy o staraniach.
Powoli przygotowujemy się do przeprowadzki. Boję się, jak cholera. Przez ostatnie miesiące ciągle się czymś stresuję.
Silvia zaczęła już stawiać pierwsze kroczki, przez co Johanna zaczęła być niezwykle ostrożna, jeśli chodzi o nią. Ciekawe, czy będzie podobnie ze mną . O ile w ogóle...
Widząc, jak rośnie w oczach czasami się zastanawiam czy Johanna też to zauważa. Może chciałaby spowolnić proces.
Śliska Sale obiecała zajmować się domem pod naszą nieobecność. Nie zgodziła się na przyjęcie zapłaty, co sfrustrowało zarówno mnie, jak i Peetę.  A czasu do wyjazdu co raz mniej.
Siedzę w prawie pustym pomieszczeniu po raz kolejny czekając na wyniki testów. Peeta miał pójść ze mną, ale miał do załatwienia kilka spraw związanych z przeprowadzką. Zapewniłam go, że z mojej strony nic się nie stanie i dopiero wtedy dał mi wyjść.  Stoją tu dwa fotele i kila krzeseł, a do tego półka z magazynami. Kolory są spokojne i stonowane.
Za każdym razem, kiedy siedzę tu w tym pokoju doktor Evans jestem tak samo przerażona. Co jeśli dzisiaj jest ten dzień? A co jeśli ten dzień nigdy nie nadejdzie? Peeta mówi, żeby nie tracić nadziei, ale mimo to...
Doktor Evans woła mnie do siebie. Wstaję i w ślimaczym tempie wchodzę do jej gabinetu. Siadam na przeciwko jej biurka, a ona zajmuje miejsce przed mną. Jak zawsze się uśmiecha.
Evans jest lekarzem z piątki. Sprowadziła się tutaj kilkanaście miesięcy temu i poleciła mi ją sama Johanna.
- Zobaczmy więc co tam mamy. – mówi spoglądając na komputer. Wpatruję się w nią z oczekiwaniem. Patrzy z wielką uwag ą i mam wrażenie, że myśli. Chwyta kartkę papieru leżącą przed nią na stole i wpisuje coś w puste pole. W końcu ona zaciska usta i wzdycha.
- Niestety, proszę pani... Znowu nic. Przykro mi.
Wzdycham zrezygnowana.
- Możliwe, ze są państwo jedn ą z par z mianem niepłodności idiopatycznej, a znaczy to, że potrafi się podać powodów trudności z poczęciem. Polecam jednak zrobić jeszcze jedne badania zanim się poddamy.
Kiwam głową, chociaż „poddaMY” zabrzmiało trochę dziwnie. Chce mi się płakać. Może to naprawdę nie jest mi dane. Może i jestem młoda, ale jak to się mówi chcemy tego, czego nie możemy mieć.
- Państwo wyjeżdżają, prawda? Czy planujecie odwiedzić dwunastkę w najbliższym czasie?
- Siódmego maja. Na trzy dni.
- Świetnie. Proponuję więc spotkanie ósmego maja, dobrze?
- Dobrze.
Spogląda na moją zbolałą minę i widać w jaj oczach skruchę.
- Kiedyś wam już się udało. Kibicuję wam.
Ech... Mówi o wymyślonej przez Peetę ciąży. Tamtej, która miała na celu zawieszenie igrzysk ćwierćwiecza. Ona nie wie, że wtedy wcale nie byłam w ciąży. Możliwe, że od zawsze było tak, jak jest.
- Dziękuję.
Trzeba oddać sprawiedliwość doktor Evans – stara się mnie pocieszyć. Słyszałam już od niej teksty w stylu „Do trzech razy sztuka” czy „Następnym razem się uda”, jakby to ona była w mojej sytuacji. Może naprawdę wczuwa się w uczucia swoich pacjentów, a może chodzi o mnie i Peetę. W końcu mimo wszystko od zawsze zaszczytem było przyjmować poród dziecka zwycięzcy, a co dopiero dwoje zwycięzców i to nie zwyczajnych, a nieszczęśliwych kochanków, których zna całe Panem. Rzygać się chce.
Wystarczy, że spoglądam Peecie w oczy, a on już wie. Wie, że znowu nic się nie stało. Jego mina rzednie i obejmuje mnie mocno. Wzdycha głośno.
- Może czas dać sobie spokój. – szepcze z rezygnacją.
- Nie. To ty zawsze powtarzasz, żeby nie tracić nadziei. Jeszcze raz. Chociaż raz.

Patrzę, jak mężczyzna w ciemnym roboczym ubraniu ładuje ostatnie pudło na ciężarówkę. W środku znajduje się kilkanaście podobnych pudeł, które przez ostatni tydzień pakowałam z pomocą Johanny i Peety. Bierzemy ze sobą tylko ubrania i najpotrzebniejsze rzeczy. Nie wyjeżdżamy stąd na stałe.
Johanna przygląda mi się zaciekawiona.
- Źle wyglądasz.
- Dzięki. – mówię ironicznie.
- Coś się stało?
Wzdycham.
- To po prostu ten wyjazd. Stresuję się.
Johanna kiwa przez chwilę głową. Nasze spojrzenia się krzyżują, a jej oczy wypełniają się łzami. Nagle porywa mnie z miejsca i mocno przytula. Ze smutnym uśmiechem odwzajemniam jej uścisk.
Zastanawiam się czy jej powiedzieć. Tak długo trzymaliśmy to dla siebie, a wiem, że Johanna powiedziałaby mi o czymś takim. A może nie powinnam...
- Katniss... Poważnie, co jest? – pyta z naciskiem.
Biorę głęboki wdech. Tak głęboki, że powietrze nie mieści mi się w płucach.
- Wszystko dobrze... Zobaczymy się za dwa tygodnie.
- Racja. Twoje urodziny.
Odsuwa się ode mnie i pociąga nosem.
- Katniss? – Peeta woła mnie z głębi domu. Wchodzi do kuchni, gdzie stoję z Johanną i obdarza nas przepraszającym spojrzeniem. – Przykro mi, skarbie, ale musimy iść.
Kiwam głową zaciskając usta.
Odwracam się do Johanny i obdarzam ją niedźwiedzim uściskiem.
- Będę tęsknić. – szepczę.
- Ja też. Aa... I... Powodzenia.
Odsuwam się i uśmiecham.  Peeta podaje mi płaszcz. Przyjmuję go i nakładam na ramiona. Przytrzymuje mnie pod rękę o wychodzimy na dwór.
Zima dopiero zaczyna opuszczać dwunastkę. W tym roku była wyjątkowo ostra. Śnieg jeszcze gdzieniegdzie leży i topnieje, ale idzie mu to w ślimaczym tempie.
- Będę tęsknic za dwunastką – przyznaję, kiedy wsiadamy do podstawionego samochodu.
- Potraktuj to jak wakacje. Zanim się obejrzysz będziemy znowu w domu.
Uśmiecham się delikatnie. Spoglądam na Johanne, która stoi w miejscu na werandzie i macha do nas. Odmachuję jej.

5 komentarzy:

  1. Świetny blog <3,szkoda mi trochę Katniss i Peety no bo noo :c.
    Mam nadzieję,że kiedyś wszystko się wyjaśni i będzie <3 <3 happy end i takie tam.Czekam z niecierpliwością na kolejny twój rozdział.
    Jeśli masz czas i chęć to zapraszam cię na swojego http://igrzyskasmiercialways.blogspot.com/2015/11/rozdzia-11ratunek.html
    Jeśli ci się spodoba czekam na twoją opinie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne! Już się nie mogę doczekać kolejnej notki ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super <3 nie mogę doczekać się co będzie dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super. Szkoda Katniss I Peety. Nie mogę doczekać się kolejnej notki.;)
    Zapraszam do mnie
    katnissipeetadalszelosypowojnie. blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Proszę o całkowitą szczerość w komentarzach. Pozwalam na wszelką krytykę, ale proszę wstrzymać się przed wulgaryzmami i treściami urażającymi. Poza tym możecie mi napisać co chcecie, a nie obrażę się.