niedziela, 6 grudnia 2015

134. Objawy

Witam was kolejny raz i zapraszam do czytania i komentowania notki.
- Tina
####################################

- Żadnych porannych mdłości, wzmożonego apetytu, wahań nastrojów? – doktor Evans stara się wyciągnąć ze mnie jak najwięcej szczegółów dotyczących ciąży.
Peeta siedzi obok mnie trzymając mnie delikatnie za rękę. Wsłuchuje się z uwagą w każde, najcichsze słowo wypowiedziane przez Evans.
To końcówka trzeciego miesiąca. Jesteśmy w dwunastce po raz pierwszy od naszej ostatniej wizyty na początku maja. Lipcowy skwar zdążył zagościć w dwunastce w tak samo nijakim stopniu, jak w Londynie, a my postanowiliśmy odwiedzić dwunastkę i zobaczyć się z wszystkimi.
Wracam myślami do chwil, gdy opowiadaliśmy reszcie o dziecku. Johanna i Effie, tak samo, jak Bariel i Annie o mały wos nie dostały palpitacji. Mama rozpłakała się w moje ramie, a Leevie zaniemówił. Ludzie w Kapitolu kompletnie oszaleli. Od miesiąca, odkąd wyciekła informacja o dziecku w każdym kapitolińskim brukowcu zamieszczany jest minimalnie jeden artykuł o nas. Od tamtego czasu otrzymaliśmy blisko dwadzieścia zaproszeń do wywiadu z Cezarem w Kapitolu. Urządzono nawet odcinek pewnego teleturnieju, który poświęcony był zgadywaniu płci i imienia, jakie dostanie nasz potomek. Wymiotować się chce i to bynajmniej nie z powodu porannych mdłości.
Niestety nie mogę poinformować Gale’a... Podzielić się z nim radosną nowiną, ponieważ ich położenie cały czas jest ściśle tajne. Jeśli jednak Gale jest w Panem, to na sto procent już wie.
Mała Posy (niedawno skończyła osiem lat!), która wraz przyszywaną matką i ojcem zawitała na kilka dni w dwunastce nie mogła zrozumieć w jaki sposób dzieci znajdują się w brzuchach matek. Zabawnie było słuchać jej najróżniejszych teorii i hipotez.
- Czasami...
- Często. – poprawia mnie Peeta.
Zaciskam usta w cienką linię. Od kilku tygodni jestem najbardziej nieznośną żoną na świecie. Rankiem często wymiotuję, nocami nie śpię, a w dzień miewam dziwne wahania nastrojów. Denerwuje mnie rażące światło, niewygodna poducha czy tykający zegar. Wszystko potrafi doprowadzić mnie do białej gorączki, a po kilkunastu minutach nie rozumiem już dlaczego byłam taka zła. Podobnie ze smutkiem, albo szczęściem. Irytują mnie nawet moje własne emocje. A najgorsze jest to, że Peeta jest tak nieskończenie wyrozumiały i czuły. Nawet, kiedy zaciskam zęby, żeby nie rzucić w niego jakimś wrednym komentarzem. To cud, że jeszcze nie stracił cierpliwości.
- Prawie codziennie. – przyznaję.
Doktor Evans świdruje mnie wzrokiem.
- Bardzo ważne, aby niczego pani nie bagatelizowała i mówiła mi o wszystkim.
Nie chciałaby tego. Nie jest Dr Aureliusem – psychiatrą, który leczył mnie przez kilka miesięcy po powrocie do dwunastki. Nie chciałaby słyszeć o rzeczach, które od czasu do czasu pałętają mi się w głowie. W głębi duszy wiem, że mówi tylko o fizycznej stronie mojego samopoczucia, ale nie mogą się powstrzymać przed rzuceniem kilku niemiłych komentarzy pod jej adresem w myślach.
- Dobrze.
- Nie odczuła pani żadnych ruchów?
-  Nie.
- Hmmm... To przyjdzie z czasem. Nie planują państwo zawitać w dwunastce w najbliższych miesiącach, czyż nie? – pyta.
- Nie. –odpowiada jej Peeta. – Skontaktowaliśmy się z tamtejszą ginekolog, która będzie regularnie przeprowadzać badania, ale w dwunastce nie pojawimy się przez dłuższy czas.
Przypominam sobie, jak jeszcze kilkadziesiąt minut temu omal nie zemdlała na wieść, że chcę, żeby to moja mama odebrała mój poród zamiast niej. Od tego czasu nabrała do mnie jakiegoś chłodnego dystansu.
- Zrobimy więc dzisiaj USG i ustalimy dokładniejszą datę terminu porodu. Proszę też zwrócić uwagę na to, że to tylko teoretyczny termin. Nie jestem w stanie zapewnić panią, że dokładnie tego dnia pojawi się dziecko. – wyjawia.
Jakbym nie miała o tym pojęcia. Możliwe, ze to procedura, ale i tak mnie tym denerwuje. Ostatnio wszystko mnie denerwuje.

Wyciągam się na stole przykrytym białą, papierową płachtą i mrużę delikatnie oczy. Jaskrawe światło z lamp pod sufitem razi mnie w oczy.
Peeta zajmuje miejsce na fotelu obok stołu i krzywi się siadając. Evans zostawia nas, aby przynieść swój sprzęt. Przyglądam się Peecie badawczo. Zauważa, że się w niego wpatruje i marszczy brwi.
- Co? – pyta.
- Wszystko w porządku?
Nie zdąża mi odpowiedzieć. Doktor wraca do pokoju z tubką pasty w ręku. Zauważam na jej twarzy cień podekscytowania. Siada na taborecie na kółkach i wręcz podjeżdża na nim do mojego łóżka. Pieczołowicie uruchamia aparaturę.
Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Mama nigdy nie miała dostępu do maszyn z Kapitolu. Ludzie nigdy nie byli pewni ciąży ich dziecko jest zdrowe... Ba... Czy jeszcze żyje, dopóki się nie urodziło. Czy też nie urodziło. Na dodatek wszechobecny głód często sprawiał, że ludzie decydowali się na dzieci tylko z powodu astragali, które owe pociechy mogły im zapewnić. Nie dziwiło mnie takiego typu zachowanie. Taka jest właśnie nasza natura. Jesteśmy nieskończenie samolubni.
Doktor rozsmarowuje na moim odstającym brzuchu zimny żel po czym kładzie na nim coś kształtem przypominające telefon komórkowy połączony cienkim przewodem z resztą maszyny. Na niewielkim ekranie pojawia się około setka czarno białych pasków, na które kobieta patrzy z uwagą. Przesuwa urządzeniem na boki, w górę i w dół, aż a w końcu nieruchomieje.
- Tutaj jest. – mówi. Na jej twarz wypełza uśmiech.
Seria kresek i zakłóceń przybiera ledwo widoczny kształt. Ciężko ów kształt nazwać.
- Chcą państwo poznać płeć?
Oddech więźnie mi w gardle. Spoglądam na Peetę. Wpatruje się, jak zaczarowany w obrazek na monitorze, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół.
- Peeta... –  Powietrze przedostaje się przez moje gardło w najcichszym z szeptów. – To nasza córka. – szepczę.
Oboje spoglądają na mnie. Evans marszczy brwi po czym ponownie przygląda się ekranowi.
- Skąd pani widziała?
A więc to prawda. Moje sny okazały się prawdziwe. Przed oczami staje mi dziewczynka z ciemnymi lokami i z szerokim uśmiechem na ustach.
Willow...
- Przeczucie. – wyjaśniam.
Peeta podaje mi rękę. Spoglądam mu w oczy. Dostrzegam w nich odbicie własnych uczuć. Zachwyt, szczęście i rozczulenie.
Spodoba mu się to imię, które mój mózg bezustannie podsuwa?
- Tak... To nasza córka. – mówi z uczuciem.

11 komentarzy:

Proszę o całkowitą szczerość w komentarzach. Pozwalam na wszelką krytykę, ale proszę wstrzymać się przed wulgaryzmami i treściami urażającymi. Poza tym możecie mi napisać co chcecie, a nie obrażę się.